Tbilisi – moje wrażenia ze stolicy Gruzji.

0

Nie zamierzam się tłumaczyć, dlaczego tak długo mnie nie było, bo po prostu mnie nie było. Nie zamierzam też obiecywać, że będę coś dodawać regularnie, bo z tego nigdy nic nie wychodzi. Najzwyczajniej w świecie jak będę mieć siłę i chęci, to będę pisać. Teraz mam, więc oto wpis.

Chciałabym opowiedzieć o swojej podróży życia, którą odbyłam w tak zwanym „międzyczasie”, ale czuję, że nie mogę tego zrobić z czystym sumieniem, dopóki wisi nade mną niedokończona Gruzja. Dlatego, zamiast bawić się w szczegółowe relacje dzień po dniu, jak chciałam to zrobić wcześniej, porywając się tym samym z motyką na słońce, postaram się streścić tutaj, co widziałam. Oczywiście szczegółowo na tyle, na ile jeszcze pamiętam, bo, jak można zauważyć po datach, minął prawie rok od tamtego wyjazdu. Ale spróbuję. Myślę, że podzielę to na 4 notki – każda o innym mieście.

Na początek – Tbilisi.

Tbilisi było miastem, w którym zaczęłam swoją przygodę z Gruzją, o czym możecie nieco przeczytać tu. Pierwszych kilka dni spędziłam głównie na szwendaniu się po bardziej lub mniej rozpoznawalnych miejscach, głównie w centrum – zwykle trzymałam się Rustaveli Ave. Miałam to szczęście, że mieszkałam stosunkowo niedaleko starówki, a jednocześnie w spokojnej, raczej mieszkalnej niż turystycznej okolicy.

 

W jednym z pierwszych wieczorów trafiłam przypadkiem na całkiem ciekawe widowisko.

Byłam w parku niedaleko Saarbrucken Square i już miałam się zbierać do hostelu, kiedy zauważyłam grupę… stop. Hordę ludzi, którzy coś krzyczeli prawdopodobnie po gruzińsku. Było to zjawisko na tyle niecodzienne, że przystanęłam popatrzeć. Wśród nich były zarówno dzieci, jak i ludzie w średnim wieku. Nagle, na hasło wszyscy odpalili kolorowe… petardy dymne? Nie wiem dokładnie, jak to nazwać, ale wyglądało to przepięknie. Nie uchwyciłam dokładnie na zdjęciach wyjątkowości tego zjawiska, jednak zachowało się bardzo wyraźnie w mojej pamięci jako coś niesamowitego.

 

Udałam się też na Mtatsmindę – wzgórze widokowe z parkiem rozrywki.

Co prawda nie rozerwałam się tam za bardzo – jedyna atrakcja, jaka wydawała mi się kusząca, to kolejka górska, niestety nie miałam gdzie zostawić plecaka, a poinformowano mnie, że obsługa nie przetrzymuje rzeczy osobistych z nieznanych mi bliżej przyczyn. Ale sam widok był piękny – panorama Tbilisi w całej okazałości. Świetne było też to, że mogłam z góry rozpoznać co bardziej charakterystyczne punkty, które zdążyłam już zobaczyć.

Sam dojazd tam był całkiem łatwy, a przy okazji stanowił sam w sobie interesujące przeżycie. Miejski autobus, który woził chyba jeszcze Stalina, ale kosztował, mogę się mylić, ale coś koło 1 czy 2 lari, więc kilka złotych, zawiózł mnie z głównego placu do samego celu.  W miarę wjazdu pod górę krajobraz miasta przemieniał się dość szybko, jak na czas jazdy (ok. 20 min) z centrum stolicy przez podmiejskie osiedla aż po… wioskę z pastwiskami i krowami. Nie mogłam uwierzyć, że nadal jestem w największym mieście Gruzji.

Następnego dnia po Mtatsmindzie udałam się do Gori – ale o tym później (konkretniej – tu).

Tymczasem kontynuowałam wczuwanie się w klimat miasta, który był na swój sposób bardzo unikatowy, choć nie jestem pewna, czy każdy doceniłby jego urok. Mnie przypadł do gustu. Szczególnie podobał mi się market Fresco, widoczny na jednym ze zdjęć poniżej, który był umiejscowiony w dawnej fabryce, więc miał świetny industrialny klimat, a także całkiem niezłą kawę.

 

W typowo turystycznej okolicy Tbilisi byłam dwa razy, ale za każdym razem uciekałam szybko z niesmakiem. Nie dość, że nie lubię straganów z pamiątkami, to jeszcze stężenie narzekających rodaków z naszym narodowym hasłem „kurwa mać” na ustach nie budziło we mnie ciepłych uczuć. No i wiadomo – gdzie popyt, tam ceny dużo wyższe, bo na turystach trzeba zarobić, co jest całkiem naturalne, ale starałam się tego uniknąć. Zapytanie „Djewoczka chaciusz ty ekskursjije?” usłyszałam w ciągu pół godziny chyba 5 razy. Zjadłam tam jednak narodowy przysmak Gruzji, który jest wyżej na zdjęciu. Był smaczny, chociaż mnie nie powalił na kolana.

Złożyło się tak, że mój pobyt w Tbilisi przypadł na czas prawosławnej Wielkanocy.

Miałam przyjemność przebywać w hostelu prowadzonym przez bardzo gościnnego gospodarza, a także wśród wielu wspaniałych ludzi, wśród których poznałam swojego obecnego przyjaciela. Dzięki temu doświadczyłam prawdziwie wschodniej Paschy, a także mogłam ze zdumieniem obserwować podobieństwa i różnice między tradycją, w której mnie wychowano, a tamtą prawosławną. W dodatku mój rosyjski podczas spędzania czasu z nimi bardzo się poprawił.

 

Ostatnie dwa dni w Tbilisi spędziłam już raczej ze znajomymi, aniżeli czysto turystycznie. I chociaż uznaję to za najlepszy czas z całego pobytu, to zdjęciami się nie podzielę, bo zwyczajnie nie mam. Spróbowałam natomiast czegoś, za czym będę tęsknić w każdym możliwym miejscu – oranżadę o smaku śmietany. I chociaż brzmi to niekoniecznie zachęcająco, ja sama miałam wątpliwości, czy odważę się tego napić, to okazało się, że smak jest nieziemski. Polecam bardzo, jeśli ktoś lubi kręcone lody i słodkie napoje, to podzieli mój zachwyt.

Generalnie pobyt w Tbilisi uznaję za swój najlepszy czas w Gruzji.

Duży wpływ pewnie ma na to fakt, że to tam zawiązałam wiele znajomości i przeżyłam towarzysko miłe chwile. Jednak klimat Tbilisi również bardzo przypadł mi do gustu. Nie potrafię go opisać słowami, czułam się tam po prostu swojsko, a jednocześnie wiedziałam, że jestem raczej w dużym mieście.

A jak spodobało mi się Gori, Batumi i Kutaisi? O tym możesz przeczytać klikając w link do następnych wpisów.

Trochę mi szkoda, że traktuję swoją pierwszą poważną wyprawę tak po macoszemu, ale chcę napisać choćby kilka słów o Gruzji, bo nie pozwala mi to ruszyć dalej z treścią.