Gori – miasto z duchem Stalina.

0

W poprzednim wpisie opisałam wrażenia z Tbilisi. Teraz kilka słów na temat Gori.

Wycieczka do Gori zajęła mi pół dnia, wyruszyłam około 11, a chyba o 16 czy 17 byłam już w Tbilisi. Odległość nie jest daleka, marszrutki jeżdżą dość regularnie z głównego dworca. Moja jechała docelowo do innego miasta – niestety nie pamiętam już do jakiego, ale wystarczy popytać kierowców, zwykle bez problemu pokazują, który busik będzie jechał przez Gori. Z powrotem do Tbilisi nie było problemów, wystarczyło pójść na placyk w Gori, z którego jeździły marszrutki. Chociaż ja miałam lekkie ułatwienie – rosyjskojęzyczną towarzyszkę.

Wyszło to bardzo spontanicznie, początkowo miałam zamiar udać się sama, jednak pewna pani w średnim wieku z mojego hostelu zapytała, czy może się zabrać ze mną. Pomyślałam, że okej, może być raźniej. Jedyną przeszkodą była komunikacja, bo ja znałam rosyjski lepiej niż ona angielski, więc raczej rozmawiałyśmy w jej języku. Prawdę mówiąc, przed wyjazdem do Gruzji nie wiedziałam, że w ogóle znam rosyjski. Wracając, wspominałam już chyba, że język angielski jest jeszcze stosunkowo rzadkością w Gruzji. O ile w Tbilisi przy kilku próbach zwykle się udaje trafić na kogoś, kto jest w stanie pomóc… o tyle w Gori było to niemożliwe.

Gori to miasto zawieszone w czasie i przestrzeni.

Miasto nawet nie postradzieckie, a wciąż-radzieckie. Miasto pełne widm, które snują się z ponurym wyrazem bez celu. Przytłaczający brak perspektyw zobaczyłam od razu. Gdy tylko wysiadłam uderzyła mnie w twarz ciężka atmosfera tego miejsca, tak odmienna od reszty kraju. Gori nie ma do zaoferowania nic, oprócz wszechobecnego ducha Stalina. Nic dziwnego, że tak kurczowo się go trzymają – gdyby nie fakt, że urodził się tam jeden z największych dyktatorów i zbrodniarzy w dziejach ludzkości (o ile nie największy), nie byłoby tam czego szukać.

 

Poszłam więc za ciosem, prosto do jedynej atrakcji Gori, która, nie ukrywam, że była jedynym powodem, dla którego tam pojechałam.

Muzeum Stalina, najokazalszy budynek w Gori.

Jak oceniam wartość tego miejsca? Pod względem historycznym całkiem dobrze, jako fascynatka historii miałam dość niezłą frajdę. Jednak pod względem czysto turystycznym muszę przyznać, że muzeum to jest nudne i ma zdecydowanie za drogą wejściówkę. 30 lari za wstęp to sporo, a w środku, prócz kilku ciekawych eksponatów, nie ma za wiele. Ściany zdobią wydrukowane zdjęcia i obrazy, które można z łatwością znaleźć w internecie, a to zdecydowana większość wystawy muzeum. Drugą sporą grupę stanowią podarki od narodów – w tym i polskie akcenty – oraz trochę osobistych rzeczy Stalina. Tak naprawdę jedyne wyjątkowe atuty tego muzeum to:

  • zrekonstruowana chatka, w której Józek się urodził, a którą można jednak zobaczyć tylko z zewnątrz – ale i stoi przed wejściem, jako swoista „przynęta”, więc można zobaczyć ją bezpłatnie.
  • przeniesiony w całości gabinet Stalina – to zrobiło na mnie największe wrażenie, bo wszystko jest bardzo autentycznie urządzone i można zobaczyć biurko, przy którym wódz podejmował decyzje, więc przy odrobinie wyobraźni łatwo się przenieść w czasie.
  • wagon, którym podróżował na konferencje i inne zagraniczne wyjazdy, stoi na zewnątrz, więc każdy może go zobaczyć, jednak jeśli chce się wejść do środka, trzeba dopłacić do biletu.

 

 

Ostatnie selfie zrobiłam w tym właśnie pociągu – nie mogłam sobie darować. Samo wejście do wagonu było dla mnie ciekawe, bo zwykle wpuszczano ludzi grupami, a ja, nie wiem czemu, ale weszłam sama i mogłam spokojnie popatrzeć. Chociaż wiele rzeczy było przykrytych, jak na przykład te fotele z tyłu. Jednak sama wartość historyczna ogromna.

Wizyta w tym muzeum utwierdziła mnie tylko w przekonaniu, że Gori żyje Stalinem.

To nieco przykre, ale naprawdę miasto nie ma sobą nic innego do zaoferowania, więc jest to całkiem zrozumiałe, że kurczowo trzyma się swojego jedynego… osiągnięcia, że tak to nazwę. Dlatego nawet nie mam żalu o to, że nieco zdarli ze mnie za bilet wstępu. To ich jedyna kura, która ma szanse znieść złote jajka. Z drugiej strony, patrząc na ilość akcentów, jak pomnik – ten najsłynniejszy, w parku przy muzeum faktycznie został rozebrany, został tylko podest, jednak pod samym muzeum stoi całkiem okazały Stalin, z którym mam zdjęcie – czy ulica Stalina jako główna arteria miasta, mam wrażenie, że to nie jest tylko turystyczny wabik. To smętne westchnienia w kierunku przeszłości, które jednak poniekąd blokują ich przed pójściem naprzód. I tak trwają w zawieszeniu, a nad nimi czuwa wódz.

Oprócz Stalina, jedyne atrakcje Gori, jakich uświadczyłam, to twierdza i ze dwa budynki sakralne.

Spacer na górę, na której umiejscowiona jest twierdza był dość przyjemny, a i widok z góry bardzo ładny. U stóp wzniesienia stały jakieś figury, co do których nie jestem pewna, kogo przedstawiają, ale były ciekawym zjawiskiem. Natomiast sama panorama Gori widoczna ze szczytu jest z jednej strony piękna, a z drugiej przytłaczająco ponura, bo ukazuje całą brzydotę, jaką skrywa miasteczko poza ładnym placykiem przy muzeum. Jednak powiem tak – dla samego tego wejścia na górę nie warto jechać. Skoro już byłam przy okazji, to nie żałuję, że weszłam, ale gdybym miała przyjechać tylko po to, nie wybrałabym się do Gori.

 

Podsumowując, Gori to najbardziej stalinowskie miasto, jakie kiedykolwiek istniało.

Jego obecność jest tam wyczuwalna na każdym kroku. Budzi to we mnie mieszane uczucia. Z jednej strony dobrze, że próbują zarobić na tym, co, no nie oszukujmy się, czyni ich na swój sposób wyjątkowymi – to tu wychował się Stalin. Z drugiej strony mam wrażenie, że wpadli w błędne koło. Najbardziej okazałym, zadbanym budynkiem w mieście jest muzeum Stalina, wydaje się, że sami mieszkańcy chętniej wspierają swoją przeszłość niż przyszłość. A to jest postawa wynikająca z jednej strony z braku perspektyw, a z drugiej nie dająca szans na zmianę.

Ze względów praktycznych bardzo cieszę się, że miałam ze sobą rosyjskojęzyczną towarzyszkę. Generalnie w Gruzji dominuje język rosyjski jako obcy i w nim właśnie najprędzej można się dogadać. Jednak Gori ze względu na swój charakter jest dużo bardziej rosyjskie niż Tbilisi czy Batumi. Po części pewnie Stalin i zawieszenie w przeszłości, a po części fakt, że jest to dość mała miejscowość. Tak czy inaczej, dobrze, że ona szła się o wszystko „sprasit”, bo ja bym pewnie sama nie miała tak lekko.

To jedno z miast, które widziałam w Gruzji – aby zobaczyć moje wpisy o Tbilisi, Batumi i Kutaisi, kliknij w odpowiedni link.