Batumi – gruzińskie Las Vegas czy stolica kiczu?

0

Batumi, ech Batumi…

Nie będę udawała, że znałam tę piosenkę, zanim zaczęłam interesować się Batumi. Jednak uważam, że pod wieloma względami bardzo dobrze pasuje ona do tytułowego miasta.

Do Batumi dostałam się nocnym pociągiem z Tbilisi.

Sama podróż przebiegła nadspodziewanie bezproblemowo. Oprócz trudności ze zlokalizowaniem terminalu w Tbilisi i kilku bezskutecznych prób zapytania po angielsku o wejście na dworzec, nie było większych niespodzianek. Całą praktycznie drogę przespałam w dość niewygodnej pozycji, chociaż i tak rozłożyłam się na wszystkich siedzeniach w rzędzie, a było ich chyba trzy. Za to wrażenia zaczęły się na miejscu.

Znów, podobnie jak w Tbilisi, pokpiłam sprawę jeśli chodzi o dostanie się z dworca do hostelu. Tymczasem o ile w stolicy wysiadłam na głównym placu, o tyle w Batumi stacja znajdowała się kilka kilometrów od samego miasta, a na pewno od centrum, gdzie miałam się dostać. Sfrustrowana zmęczeniem, ciemnością i brakiem alternatyw przepłaciłam za taksówkę. Zapłaciłam chyba 10 czy 12 lari, podczas gdy, jak potem sprawdziłam, autobus wyniósłby mnie ze 2 lari, a nawet nie musiałabym długo czekać. Dobra, stop z tym januszowaniem, było ciemno i nie mogłam zlokalizować przystanku, a i tak nie wiedziałabym, gdzie mam wysiąść, żeby dotrzeć do hostelu. Następnym razem mam nauczkę, żeby robić dokładniejszy research.

Batumi było jednym z moich podróżniczych marzeń od kilku lat.

Tak naprawdę cała wyprawa do Gruzji pierwotnie miała się opierać właśnie na Batumi, później doszły Tbilisi, Kutaisi i Gori jako dodatki. Miałam co do tego miejsca spore oczekiwania i na swój sposób je spełniło.

Niestety, jak widać po zdjęciach, pogoda ze mną nie bardzo współpracowała. Co ciekawe, w Tbilisi akurat zaczęły się upały dzień po moim wyjeździe do Batumi. Na szczęście trafił mi się jeden dzień prawie całkiem słoneczny (wieczorem się rozpadało), dzięki któremu mogłam zobaczyć to, co najbardziej mnie w Batumi kusiło, zaraz po wieży alfabetu, którą bardzo chciałam zobaczyć na żywo – promenadę wzdłuż morza.

Batumi było nieco inne na żywo niż w moich oczekiwaniach.

Faktycznie, były te wszystkie miejsca, które wyglądały podobnie lub identycznie, jak na ikonicznych zdjęciach w google grafika. Zaskoczył mnie klimat. Ale o tym później, teraz pokażę promenadę. Znana jest ona z tego, że wzdłuż niej znajduje się sporo kontrowersyjnych estetycznie rzeźb czy budynków.

Wiele osób, które opisywały swoją relację z Batumi, uznały miasto za kiczowate.

Sporo autorów podeszło do niego negatywnie, stąd moje obawy, że i ja się rozczaruję. Miasto kiczu, chaotycznie poupychanych i pasujących do siebie jak pięść do oka elementów krajobrazu. Mnie to jednak urzekło, nawet w tych drucianych figurkach przy plaży znalazłam swego rodzaju głębię. Może to ze mną jest coś nie tak i doszukuję się wartości gdzieś, gdzie jej nie ma? Nieważne, podobało mi się.

Zobaczyłam też coś, co spowodowało we mnie wzruszenie, ponieważ znajdowało się na mojej pierwszej liście miejsc do zobaczenia, którą robiłam jeszcze w liceum. Chyba faktycznie jestem dziwna, bo popłakałam się na widok „eggs and flip flops”, czyli japonek na jajkach. Dla mnie jednak najważniejsze było to, że wówczas uwierzyłam – te swoje podróżnicze ambicje mogę spełniać, nie jest to niemożliwe czy nieosiągalne.

W Batumi uświadczyłam też kilku pięknych zachodów słońca nad Morzem Czarnym.

Niestety, dla miłośników plażingu, piasek na plaży w Batumi jest dość gruboziarnisty. Mnie to nie zraziło, gdyż nie jestem zwolenniczką leżenia plackiem i opalania się. Dla tych z was, którzy czują się tym rozczarowani – podobno plaża w Kobuleti jest dużo lepszej jakości. Nie potwierdzę, bo nie wybrałam się tam, jednak jest to kilka-kilkanaście kilometrów od Batumi, a widziałam w pociągu sporą grupę osób, które tam właśnie wysiadły, więc chyba coś jest na rzeczy.

Wybrałam się także do ogrodu botanicznego za Batumi, ale nie weszłam do środka.

Chciałam to potraktować jako ciekawostkę, pojechałam odpowiednią miejską marszrutką za parę groszy (chyba jeden lari). Nie była to daleka droga, a przejażdżka brzegiem morza dostarczyła mi pięknych widoków. Jednak sam ogród okazał się dla mnie niewypałem. Bilet wstępu kosztował, dokładnie nie pamiętam, ale coś koło 20-25 lari. Uznałam, że to za drogo jak dla mnie, skoro nie jestem miłośniczką natury. Kwestia priorytetów – ja wolałam przepłacić w Gori za muzeum Stalina, bo fascynuję się historią. Jeśli ktoś odnajduje się w botanice, może uznać, że warto (podobno tak jest, słyszałam parę zadowolonych głosów).

Nie żałuję jednak, że się tam wybrałam, bo atrakcją była podróż tam. Dodatkowo przejechałam się w jedną stronę za darmo, oczywiście niechcący. W Gruzji płaci się kierowcy przy wysiadaniu z pojazdu, więc nieco inaczej niż w Polsce. Zwykle o tym pamiętałam, ale wtedy akurat zapomniałam. Zdałam sobie z tego sprawę chwilę później i zrobiło mi się trochę głupio, że pojechałam na gapę. Chciałam się nawet wrócić, ale bus pojechał dalej. No trudno, taka moja przygoda na granicy prawa.

Następną atrakcją Batumi, z której jednak już skorzystałam, była kolejka linowa.

Od początku bardzo chciałam tam pójść, ale czekałam na korzystniejszą pogodę. Jedyny swój dzień względnie ładnej pogody wykorzystałam jednak na spacer promenadą. Wraz z nieuchronnie zbliżającym się wyjazdem do Kutaisi uznałam, że trudno, lepiej pojechać w deszczu niż wcale.

W godzinach otwarcia kolejka jeździ cały czas, co chwila nadjeżdża jakiś wagonik, więc nie trzeba długo czekać. Wraz z ruszeniem mojej kabiny zdałam sobie sprawę, że jednej kwestii nie wzięłam pod uwagę. Mam. Lęk. Wysokości. I to taki paniczny, że kiedyś problemem było dla mnie wyjść na balkon na pierwszym piętrze. I wpakowałam się sama do kolejki linowej. Mądrze Paulinko.

Byłam cała zlana potem i drżałam przy najmniejszym kołysaniu się kabiny. Im wyżej leciałam, tym bardziej uścisk w brzuchu narastał. Pomyślałam, że może będzie lepiej, gdy nie będę patrzeć w dół, ale zerkanie w bok na kilkunastopiętrowe budynki, których najwyższe kondygnacje były na wysokości moich oczu, nie pomogło. W momencie, w którym byłam tuż nad autostradą mój stan można opisać jako przedzawałowy. Później jednak, nad cmentarzykiem pomyślałam „dobra, jak spadnę tutaj, to przynajmniej nie będą musieli mnie wynosić”. Ten nerwowy i dość słaby żart do samej siebie nieco mnie jednak podniósł na duchu. Nad herbacianymi polami leciałam względnie spokojna.

Sam widok na Batumi z punktu widokowego nieco mnie rozczarował.

Być może winą tego była kiepska widoczność z powodu pogody. Jednak miałam w głowie tbiliską Mtatsmindę, a nawet twierdzę w Gori i w tym zestawieniu Batumi wylądowało na samym dole. Ciekawsze widoki zaserwował mi przelot powrotny. Po części dlatego, że przeżyłam, więc już się mniej stresowałam i mogłam skupić się na krajobrazach. Zrobiłam sporo zdjęć, ale tylko kilka nadaje się do opublikowania – moje trzęsące się mimo wszystko ręce i ruch kabinki, a także deszczowa aura nie sprzyjały. Bądź co bądź, nie żałuję, że pojechałam. Po pierwsze zmierzyłam się z własnym lękiem, a po drugie widoki z kabinki były dużo lepsze niż te z punktu widokowego – oczywiście gdy już opanuje się stan przedzawałowy.

 

Na koniec chciałabym ostatecznie podsumować moje wrażenia na temat Batumi.

Przede wszystkim miasto bardzo się wyróżnia na tle innych gruzińskich miejscowości. Może po części dlatego, że jest stolicą autonomicznej republiki Adżarii – co podkreśla dość znacznie. Nawet na budynkach flagi gruzińskie wiszą zawsze równorzędnie z flagą Adżarii. Poza tym w związku z bliskością Turcji tenże język właśnie wyparł tam wszechobecny w reszcie Gruzji rosyjski. Sam klimat miasta jest niepowtarzalny. Dużo chłodniejszy niż w Tbilisi, w moim odczuciu przynajmniej. Ludzie bardziej trzymają dystans od siebie. Czuć jednak echo dawnej radzieckiej świetności. Czasów form, do której Batumi ma szansę wrócić – kurortu turystycznego. Wydaje mi się, że jest ono nieco niedoceniane przez Europę, a szkoda. Kaukaskie Las Vegas zachwyca kiczem, jakkolwiek to brzmi. Przynajmniej do mnie trafiło.

Jak oceniam pozostałe miasta Gruzji, które widziałam? Sprawdź – Tbilisi, Gori, Kutaisi.