Gruzja – początek podróży, pierwszy dzień w Tbilisi.

0

Zaczynamy serię „Gruzja”!

Na początek kilka organizacyjnych informacji o tym poście, jak i o całej serii „Gruzja”, jaką planuję napisać. Po pierwsze, to nie będzie na pewno poradnik dla osób, które chcą odhaczyć wszystkie „must see” miejsca z przewodnikiem w ręku. Ja takiego podróżowania zwyczajnie nie lubię. Podczas pobytu starałam się jak najbardziej poznać Gruzję, styl życia mieszkańców, kulturę i tak dalej, i tak dalej. Nie jestem typem osoby, która kolekcjonuje widziane zabytki, raczej stawiam na przeżycia. Nie oznacza to oczywiście, że nie opowiem nic o tym, co warto tam zobaczyć, jednak nie będzie to klasyczny poradnik „zrób to, zjedz tam, strzel selfie z tym”. Jeśli zatem czegoś takiego szukasz, to możesz się rozczarować.

Po drugie, chcę najpierw zrelacjonować swój pobyt dzień po dniu, a potem napisać coś z kwestii praktycznych. Oczywiście nie wiem do końca jeszcze, jak to się potoczy, ale będę się starała wrzucać jakieś odnośniki, więc prawdopodobnie kiedy dobrnę do końca, to nie będzie większego problemu, żeby znaleźć oba typy postów – przeżyciowe i poradowe.

Dobra, przejdźmy bardziej do rzeczy.

Moja przygoda z Gruzją miała miejsce od 3 do 17 kwietnia. W sumie wyruszyłam 2 kwietnia wieczorem, ale wylot był w nocy. Dokładniej koszty podróży, samolotu z Wrocławia do Kutaisi poruszę w postach praktycznych, tutaj skupię się na samym przebiegu wyprawy. Podczas swojego pobytu udało mi się zobaczyć cztery miasta:

Tbilisi, spędziłam tam 6 cudownych dni.

Gori, wycieczka na kilka godzin – bo za bardzo nie było tam co robić, ale o tym później.

Batumi, zachwycało mnie, mimo głównie pochmurnej pogody, przez 5 dni.

Kutaisi, na które zostawiłam sobie półtora dnia i troszkę żałuję, że aż tak dużo, jednak do tego dojdziemy.

Wychodzi zatem na to, że udało mi się zobaczyć przekrój większości kraju i mam do powiedzenia tylko jedno – Gruzja jest cudowna. Jeśli zastanawiasz się, czy warto tam jechać, to przestań się zastanawiać, tylko pakuj walizkę.

No to w drogę!

Zacznijmy od momentu, w którym wsiadłam w pociąg do Wrocławia. Była godzina 21, ludzi całkiem sporo, bo część osób wracała już z przerwy wielkanocnej, ale jednocześnie na tyle mało, że mogłam sobie spokojnie siedzieć w samotności, podziwiając ciemność ze słuchawkami na uszach. Słuchałam praktycznie na zapętleniu „Every you, every me” Placebo, którą to piosenkę poznałam dzień wcześniej i się uzależniłam, a która została praktycznie hymnem mojego wyjazdu, bo towarzyszyła mi przez następne dwa tygodnie. Właśnie, samotność. Dotarło do mnie, że jadę gdzieś w nieznane, kompletnie sama. I w tej chwili podekscytowanie zaczęła podsycać panika, nasilająca się z każdym kolejnym kilometrem.

Przecież ja nigdy nie pojechałam sama dalej niż 250 kilometrów. Przecież ja nie wiem nawet, jak tam jest. Przecież ja przedwczoraj skończyłam 19 lat, a pcham się sama do jakiegoś odległego kraju. Okej, Gruzja niby jest „na drodze do Unii”, ale to jest nadal „na drodze”. Czyli nie do końca. Czy ja w ogóle dam radę sama wsiąść do tego cholernego samolotu? A nawet jak dam – to co dalej?

Ścisk w brzuchu postanawiam uleczyć lekturą.

„Z nienawiści do kobiet”, Justyny Kopińskiej. Ma mi starczyć na cały wyjazd, ale nim dojechałam do Wrocławia połknęłam praktycznie całą. Świetna, opowiem o niej innym razem. Tymczasem dotarłam do pierwszego celu. 23:40, autobus na lotnisko o 1:13,  w sam raz, żeby kupić jakieś gazety i coś zjeść. Miła pani w kiosku poinformowała mnie, że „jest kurwa przerwa, nie widać?”, więc zrezygnowałam z prasy (to był błąd, jak się potem w Gruzji okazało) i poszłam do KFC. Tam wesoły pan z obsługi wdał się ze mną w dyskusję na temat nowych wieczek do kubeczków na napoje i dostałam łyżeczkę spod lady. Wyszłam na zewnątrz, była północ, cisza dookoła, a przecież byłam w mieście. Wszystko zdawało się takie magiczne i znów zaczęłam się ekscytować – jadę po przygodę!

 

Gruzja

Gruzja okazała się jeszcze bardziej atrakcyjną wizją, kiedy poszłam w pobliże przystanku na dworcu autobusowym.

Po drodze minęłam śpiącą grupkę bezdomnych, a gdy tylko usiadłam na ławeczce i odpaliłam papierosa pojawiło się w krótkim odstępie czasu czterech potrzebujących pisiąt groszy albo szluga. Zaczęłam się zastanawiać, czy tutaj nie ma żadnej ochrony albo straży. Istotnie, zjawiła się.

  • Podnieś tego niedopałka, ktoś to potem musi sprzątać.

Ewidentnie bojowo nastawiona kobieta z papierosem w ręku szła w moją stronę.

  • Tam masz popielniczkę!

Mówiąc to wskazała na malutki stojaczek gdzieś w ciemnym rogu. Pozwolę sobie zaznaczyć, że akurat nie należę do osób rzucających pety, o ile widzę w zasięgu wzroku jakiś choćby śmietnik. Tamta śmieszna „popielniczka” nadawała się do odszukiwania z mapą skarbów. Ale nasza strażniczka znalazła swojego przestępcę i już przygotowywała się na wykład.

  • Oczywiście proszę pani, już wyrzucam, przepraszam.
  • I nie mów, że to nie Ty, bo widziałam…

Urwała nagle z nieco zdezorientowaną miną. Chyba było jej przykro, że nie dałam się jej wykazać, bo wyglądała, jakby ćwiczyła swoje przemówienie od przynajmniej miesiąca. Podniosłam naszą kość niezgody i potulnie powędrowałam we wskazanym przez nią kierunku. Tam czekał na mnie drugi stróż porządku wraz z poczciwym panem wyposażonym w miotłę, którego również przeprosiłam za dokładanie pracy.

  • I na przyszłość o tym pamiętaj!

Spróbowała jeszcze raz, choć już trochę mniej pewnie i jakby w wyraźnym szoku, jednak próbowała zabrzmieć groźnie.

  • Oczywiście, postaram się już więcej tego nie robić. Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie, to była wyraźnie moja czysta głupota.

Odwróciłam się na pięcie i odeszłam, delektując się wyrazem twarzy, z jakim pozostawiłam funkcjonariuszy. Zaraz potem schowali się gdzieś do środka. Nie minęła minuta, jak zjawiła się wyraźnie rozweselona – chociaż w tym przypadku raczej rozogniona – kobieta, która zaczęła kląć, że w chuja ją zrobili i nie ma czym wrócić do domu. Podarowałam jej papierosa, którego nawet odpaliłam, na rozluźnienie. Miałam ochotę jej powiedzieć, żeby przypadkiem nie rzuciła peta, ale obawiałam się, że nie zrozumie, o co mi chodzi.

Z ulgą przyjęłam pojawienie się autobusu.

Słuchawki na uszach znów pomogły mi wprowadzić się w nastrój radosnego oczekiwania, połączonego z lekką nostalgią, gdy mijałam okolice, w których obracałam się pół roku wcześniej. Wtedy pisałam egzaminy eksternistyczne, Teraz jechałam na wakacje przed maturą, a Gruzja była moim poważnym krokiem w stronę marzeń, które kłębiły się nieśmiało w mojej głowie na sali egzaminacyjnej. Pół godziny błogiej jazdy minęły w oka mgnieniu, a kiedy zobaczyłam na horyzoncie lotnisko, uświadomiłam sobie, że to się naprawdę dzieje. I znów powitałam wątpliwości.

Okej, myślę sobie, dotarłam tutaj, to już dalej jakoś pójdzie. Heloł, Paulina, przecież tego właśnie chcesz od życia. Jak Ty sobie wyobrażałaś bycie podróżniczką bez wyjazdów? Ta myśl dodała mi nieco odwagi, wmaszerowałam na lotnisko dumnie i rozejrzałam się wokoło. Zorientowałam się, że póki co wszystko jest zgodnie z planem – samolot istnieje i leci tam, gdzie bym tego chciała, ludzie jacyś też są, więc raczej nie ma co panikować. Wtedy uznałam, że warto trochę ogarnąć walizkę.

Wiecie, jako budżetowy podróżnik – lub, jak kto woli, Janusz biznesu – jechałam z bagażem podręcznym, bo nie widziałam konieczności płacenia podwójnej ceny biletu za przywilej posiadania bagażu rejestrowanego. I tu pojawiają się schody. Tanie linie lotnicze mają to do siebie, że są tanie, dopóki zgadzasz się na układ, w którym jedyny Twój przywilej, jaki posiadasz w ramach wykupionego biletu, to możliwość wejścia na pokład i skorzystania z samolotowego powietrza, by nie udusić się w trakcie lotu. Jeśli marzy Ci się więcej – płać i płacz.

WizzAir nie tak dawno wprowadził drobne zmiany w regulaminie.

Polegały one głównie na tym, że zwiększono wymiar wliczonego w cenę przelotu bagażu podręcznego. Jeśli ktoś natomiast życzy sobie, oprócz torby podróżnej czy walizki, wnieść torebkę lub plecak, to musi dopłacić – wykupując tzw. Wizz Priority. Więcej o tym w poście z informacjami praktycznymi, ale tutaj nakreśliłam sytuację, żebyście zrozumieli kontekst moich gorzkich żali.

Ktoś powie, że ta usługa nie jest aż tak droga i dla świętego spokoju warto ją wykupić.

Owszem, majątek to nie jest, chociaż przy promocyjnych cenach biletu czasem jawnie się nie opłaca. Ja jednak kierowałam się głównie dumą. Skoro ktoś najpierw oferuje mi przelot za tyle i tyle, a potem rzuca mi w twarz wachlarzem dodatkowych opłat, jakie muszę poczynić, aby moja podróż przebiegała w ludzkich warunkach, to ja na złość tego nie robię. Umówmy się, plecak czy torebka na pokładzie, poza wymierzoną i skrojoną co do centymetra walizką. to nie jest jakaś fanaberia. Tym bardziej, gdy zaznacza się, że jest ryzyko losowego nadania bagażu podręcznego jako rejestrowany przy dużym obciążeniu lotu. Chyba logicznym jest, że na taką ewentualność ma się gotową torebeczkę z dokumentami, sprzętem i innymi cennymi przedmiotami. Jednak nasz drogi Wizz widzi to inaczej.

Zatem ja, dumna, silna i niezależna podróżniczka dam sobie radę z jedną walizką o wymiarach nie za dużych, a w środku zmieszczę jakoś plecak z rzeczami niezbędnymi na wypadek ewakuacji z luku bagażowego. Zaraz po wejściu usadowiłam się w zacisznym miejscu i do dzieła. Jednak po wywaleniu połowy bagażu dookoła okazało się, że jeśli faktycznie chcę go tam na czas kontroli upchnąć, to czegoś trzeba się pozbyć. Padło na klapki, które bezpardonowo zostawiłam w jakimś kąciku. Przepraszam, nie miałam wyboru, to nie wasza wina.

Gruzja

Po pół godzinie walki z zamkiem, cała spocona i zgrzana, poszłam na papierosa.

Stałam klnąc w duchu na kierownictwo rzeczonych linii lotniczych. Chwilę po mnie wyszedł jakiś chłopak, popatrzył się na mnie jednocześnie wzdrygając się lekko i oznajmił, że jest zimno. Kiwnęłam głową, bo co tu więcej rzec. Bałam się zresztą, że Bogu ducha winny człowiek zaraz oberwie za moje dramaty bagażowe. Jednak ta znajomość zaraz okazała się bardzo przydatna.

Zaczęła się odprawa, a wraz z nią zamieszanie – czy osoby, które odprawiły się online i nie mają bagażu do nadania muszą stać w tej kolejce? Ustawiłam się, wychodząc z założenia, że najwyżej uprzejmie mnie pokierują dalej, a przynajmniej nie skończę potem na końcu zbierającego się za mną łańcuszka. Przede mną stało trzech bardzo wesołych młodych mężczyzn.

  • Garmajoba!

Jeden z nich postanowił mnie powitać uprzejmie, pokazując naszą polską gościnność (tja!). Moje mocno zdezorientowane „Co?” skwitował słowami „Sprawdzałem tylko, kto tutaj jest z Gruzji”, na co jego kolega odparł „Ale przecież ona w ogóle na Gruzinkę nie wygląda”. Stężenie alkoholu w powietrzu wzrosło znacznie, ale dowiedziałam się od nich, że nie muszę stać tutaj, jeśli bagażu nie nadaję. Fajnie, tylko gdzie iść teraz? Poszłam w kierunku bramek, dwie otwarte, żadna nie oznakowana. Jedna do Tel Awiwu, druga do Kutaisi. Entliczek-pętliczek?

  • Wiesz, gdzie mamy pójść, skoro nie nadajemy bagażu?

Odwróciłam się i zobaczyłam zmarzniętego kolegę.

Upewniłam się, że jedziemy w tym samym kierunku i poczułam się dużo raźniej, bo w końcu we dwoje łatwiej się odnajdziemy. Chwilę potem okazało się, że nawet nie we dwoje, a we troje. Dołączyła do nas kobieta w średnim wieku, którą mój mózg automatycznie powiązał jako jego matkę. Taka drużyna okazała się skuteczna, bo po chwili byliśmy już przy właściwej bramce. Okej, przy tej drugiej po prostu postawili tabliczkę „Tel Awiw”, ale niech będzie, że to myśmy tacy sprytni byli. Uprzejmy towarzysz nawet puścił mnie przodem, ale okazało się to daremne, bo…

  • Pani karta pokładowa nie chce się zeskanować.

Aha. I co teraz?

  • Musi pani podejść tam do okienka po podpis.

Nieco sfrustrowana faktem, że udało mi się wcześniej tak elegancko się ustawić, a teraz znów będę na końcu ogonka pożegnałam kolegę i poszłam po rzeczony podpis. Wróciłam po dosłownie dwóch minutach, ale kolejka zdążyła się potroić. Na szczęście, wypatrzyłam zapoznanych również wcześniej trzech muszkieterów, którzy puścili mnie przodem po usłyszeniu mojej poruszającej historii. Ostatecznie zatem nie wyszłam na tym tak źle.

  • Proszę, ja miałam pójść po podpis, bo karty nie dało się odczytać.

Pokazuję dowód, ale pani tylko kręci głową, przygląda się uważnie najpierw pieczątce, potem mi.

  • But please remember about the passport control, okay?

Co ja, na serio wyglądam jak Gruzinka czy ten problem techniczny jest jakoś charakterystyczny dla obcokrajowców? Lekko zdezorientowana, bo przecież przed chwilą rozmawiałyśmy po polsku, zresztą teraz też się odezwałam po naszemu, skinęłam i poszłam dalej.

Sprawnie przedostałam się przez kontrolę bezpieczeństwa i już byłam na bezcłowej.

Znów usłyszałam od pani funkcjonariuszki „Go, please” zamiast swojskiego „Proszę iść”, ale nie obchodziło mnie to, bardziej modliłam się, żeby nic nie pikało. Nawet jak wiem, że wszystko okej, to się tym stresuję, dlatego szybko stamtąd się zmyłam.  Pierwsze kroki skierowałam do toalety, choć po drodze wyjęłam plecak, zuchwale przekonana, że już mogę, bo przecież bagaż sprawdzony. Koło toalety zobaczyłam znajome twarze.

  • I jak tam, przepuścili Cię?
  • Tak, bez większego problemu, musiałam po prostu po podpis się cofnąć.
  • To całe szczęście. Tak w ogóle jestem Grażyna.
  • Piotrek.
  • Paulina, miło mi.

I tak zaznajomiłam się z dwójką bardzo sympatycznych, ciepłych ludzi, których – jeśli jakimś cudem kiedyś to przeczytają – serdecznie ściskam i całuję. Dzięki temu miałam z kim szukać klatki dla palaczy oraz zostawić bagaż na czas wyprawy po napój. Naprawdę bardzo ważne dla mnie wtedy to było, bo nigdy wcześniej nie czułam się tak zdana całkowicie na siebie, więc świadomość, że jest ktoś obok, kto też jedzie tam, gdzie ja, pomogła mi się uspokoić przed lotem.

Gruzja

Ustawiliśmy się w naszych ogonkach do boardingu, obiecując sobie spotkanie na miejscu.

Szłam pewnie z plecakiem na plecach, odpowiedziałam „thank you” panu, który sprawdzał mój bilet ponownie odzywając się do mnie po angielsku (a ja im wszystkim przecież pokazywałam polski dowód!), byłam zadowolona, że wszystko tak dobrze mi idzie, kiedy głos pani z obsługi sprowadził mnie na ziemię.

  • Have you got WizzPriority?
  • Ekhm… no.
  • You must have this to take an extra bag to the plane.
  • Oh, sorry, I didn’t know before.
  • Well, please put it to your suitcaise.

Chyba wybrnęłam.

Nie wiem, czy każdemu kazała w podobnej sytuacji po prostu schować dodatkowy bagaż, czy to moje zdolności aktorskie ją przekonały, że nie wiedziałam o tym przepisie, ale jak usłyszałam pytanie po angielsku postanowiłam zachowawczo udawać Greka – w tym przypadku Gruzina – z nadzieją, że nie będę mieć problemów. Udało mi się, ale musiałam wcisnąć jakoś ten plecak do walizki, co w tłumie idących czym prędzej na pokład ludzi było jeszcze trudniejsze i stresujące.

  • I can help you.

Pojawił się jakiś Gruzin w średnim wieku z żoną, który zatrzymał się, pomógł mi jako tako to wcisnąć i poszliśmy dalej. Byłam, nie ukrywam, w szoku, że ktoś się nade mną pochylił zamiast pchać się do samolotu. Dopięliśmy to na słowo honoru, więc już po drodze się zaczęło luzować. Nim dotarłam na miejsce miałam praktycznie otwartą walizkę. Znów stres, ludzie się pchają, ktoś z tyłu cmoka niezadowolony, że tarasuję przejście, ale musiałam jako tako domknąć swój bagaż, żeby schować go na półkę. Wyjęłam już ten nieszczęsny plecak i musiałam tylko trzęsącymi się rękoma upchać resztę.

  • I can help you. Don’t worry.

Jedna z dwóch Gruzinek, koło których usiadłam uśmiechnęła się do mnie, po czym zgrabnie przejęła moją torbę, szybciutko ją zapięła.

  • I will put it here, okay?

Druga z nich wzięła od niej zapakowany elegancko bagaż i umieściła na górze. Nie potrafiłam opisać, jak wdzięczna im byłam. Nie dość, że nie „obcmokały” mnie z góry na dół za to, że musiały czekać, aż się usadowię przy oknie, to jeszcze, widząc moje zdenerwowanie, przejęły kontrolę nad sytuacją i bezinteresownie zrobiły to za mnie. Gruzja zapunktowała w moich oczach już przed startem, tym dobitnie, że kontrastowała z polską postawą wyjebania/poganiania mnie ze zniecierpliwieniem.

Z tego całego zamieszania zapomniałam, że zaraz lecę w nieznane.

Ale kiedy usiadłam już spokojnie na fotelu, dotarło do mnie to z całą mocą. Pomyślałam jednak o Piotrku i Grażynie, którzy siedzieli gdzieś tam z tyłu i o tym, że mamy takie same plany tuż po wysiadce – pójść do kantoru, a potem kupić bilet w Georgian Busie. Czyli nie będę tych pierwszych, najtrudniejszych kroków stawiała sama, a dalej już jakoś pójdzie. Z tą świadomością zaczęłam cieszyć się zaczynającym się lotem.

Gruzja

Podczas rejsu podziwiałam cudowny wschód słońca, który zalicza się do najpiękniejszych zjawisk, jakich doświadczyłam. Ale zaraz po nim dała się we znaki bezsenna noc, adrenalina ustępowała miejsca zmęczeniu. Postanowiłam poczytać resztkę książki, którą zaoszczędziłam właśnie na przelot i… sama nie wiem, jak to się stało, ale na chwilę przymknęłam oczy. I jeszcze jedną chwilkę potem usłyszałam „Szanowni państwo, podchodzimy do lądowania”. A więc to już. Znów stres przeplatał się z podnieceniem, ale w miarę zniżania się do ziemi zdominował je zachwyt. Och, jaka piękna była kraina pode mną. Autentycznie, z niemal całkowitą pewnością stwierdzam, że dotychczas jeszcze żaden kraj nie zrobił na mnie takiego pierwszego wrażenia, jak wtedy Gruzja.

 

Gruzja

Wydostałam się z samolotu i rozejrzałam dookoła.

Kwitnące drzewa, tak dziwny widok po przylocie z Polski, gdzie wiosna dopiero się rozbudzała. W oddali góry pokryte śniegiem. A nade mną chmury. Gruzja powitała mnie lekkim deszczem.

Wypatrzyłam gdzieś w tłumie moich towarzyszy i poszliśmy do kontroli, a następnie do kantoru, cały czas wymieniając uwagi o tym, co widzimy. Pan w banku poprosił mnie o dowód, zobaczył moje imię, chwilę patrzył z konsternacją. Widziałam z ruchu jego palców, jak wpisuje „Wiktoria” i pomyślałam: „Czy naprawdę Paulina go przerosła?”. Ale to był początek przygód językowych. Przyzwyczajona do angielskiego w standardzie przynajmniej w takich miejscach, jak lotniska, pewnie podchodzę do stanowiska Georgian Busa.

  • One ticket to Tbilisi please, with return from Kutaisi on 17 of April.
  • Eeee… yyyy… To Tbilisi okay, to Kutaisi call this number.
  • Okay, so how much it would be to Tbilisi?
  • Twenty… one? Eeee.
  • Please, twenty one lari.
  • Nooo, one ticket, twenty lari. Wait 15 minutes for bus please.

Ech, pomyślałam. No dobra, to zdążę przynajmniej spalić. Zaraz po mnie bilety kupili Piotrek z Grażyną, oni do Kutaisi, więc usłyszeli, że podjedzie samochód za chwilę. Podziękowaliśmy i idziemy przed lotnisko, kiedy usłyszałam wołanie za nami.

  • The car is waiting, one more seat is there!

Pomyślałam, że to do nich, w końcu oni mają samochodem jechać, ale ich jedno miejsce i tak nie urządza, więc poszliśmy jak gdyby nigdy nic na fajkę. Palę w najlepsze, kiedy podbiega jakaś inna dziewczyna z obsługi.

  • Please go to the bus here on the left, there’s one more place to Tbilisi and they are waiting for you.

Och, no tak. CAR, BUS, co za różnica.

Hej tu Gruzja!

Cała zmieszana, że spowodowałam taki zamęt i opóźnienie pożegnałam pospiesznie swoich towarzyszy, żeby oddalić się we wskazanym kierunku. Po upewnieniu się, że ten autobus jedzie do Tbilisi wskoczyłam i zajęłam w istocie ostatnie wolne miejsce obok kobiety, która z tego powodu musiała wziąć kilkuletniego synka na kolana. Ale dobra, jestem już w autobusie, jadę w dobrą stronę, teraz kilka godzin przejażdżki i podziwiania widoków.

W istocie miałam zamiar bacznie obserwować wszystko, co tylko się da wypatrzeć przez przednią szybę oraz nad ramionami pozostałych pasażerów. I szybko potwierdziłam swoje przypuszczenia – Gruzja jest niesamowita. Podczas pierwszej godziny jazdy z Kutaisi do Tbilisi nieraz rozdziawiłam – dosłownie! – gębę, widząc cuda natury rozrzucone na trasie. Kontrastowała z tym, chociaż tego się spodziewałam, więc nie byłam specjalnie zdziwiona, architektura miast i wsi mijanych po drodze, jak samej drogi z poboczami. Widać, że pracują nad tym, ale jeszcze sporo przed nimi. Mimo to, krajobrazy wprowadziły mnie w zachwyt.

Nie cieszyłam się nimi jednak tak długo, jakbym chciała.

Okazało się, że te półtorej godziny czujnego snu w samolocie to za mało dla mojego organizmu. Dosłownie odpłynęłam. Obudziłam się po jakichś trzech godzinach, tuż przed postojem, który wykorzystałam głównie na darmowe wifi, żeby dać znak życia ludziom w Polsce. Był to kolejny miły akcent – niby taka mała stacyjka, a jest internet dobrej jakości nawet. Kupiłam jednak szybko czekoladę i fantę, których smaki rzuciły mi się w oczy jako nieznane – obydwie później regularnie gościły w moim koszyku przez całe dwa tygodnie. Może wpływ na to, że tak mi posmakowały miał fakt, że były pierwszym prowiantem od dobrych 13 godzin? Nieważne, polubiłam je bardzo. Dla zainteresowanych – Alpen Gold, biała z kokosem i migdałem, smaku fanty nie odszyfrowałam, ale była czymś na kształt egzotycznej. Jak znajdę gdzieś, to wspomnę w postach praktycznych, w których zawrę też ich ceny.

Postój uzmysłowił mi jedno: za niecałą godzinę będziemy u celu.

Wróciłam więc do pochłaniania widoków zza szyby i zaprzyjaźniłam się z chłopczykiem obok, który zaczął bawić się ze mną w coś na kształt „akuku” – patrzył na mnie bardzo uważnie, dopóki ja nie spojrzałam na niego. Wtedy szybko odwracał wzrok zmieszany, jednak po chwili znów zerkał. Mój uśmiech chyba go zachęcił do kontynuowania tej gierki, która sprawiała mu coraz więcej radości, zatem dobre 10-15 min tak mnie zaczepiał, aż w końcu mnie głowa rozbolała i przestałam.

Powoli wyłaniały się przedmieścia Tbilisi.

W miarę zbliżania się do celu ludzie zaczęli prosić kierowcę o zatrzymanie się i wysiadali, co spowodowało, że dość szybko rozluźniło się w środku na tyle, że pani z dzieckiem usiadła osobno, a ja wreszcie mogłam przycisnąć nos do szyby. Przedmieścia nie zrobiły na mnie zbyt dobrego wrażenia, ale doszłam do wniosku, że przecież zawsze najbardziej reprezentacyjne jest centrum, gdzie zaraz dojadę i wtedy będę oceniać walory Tbilisi. Ale gdzie ja mam wysiąść? Chyba na ostatnim przystanku, nie? A może ten, gdzie ja miałam wyskoczyć docelowo wcale nie będzie ostatni, bo ktoś się z kierowcą ugadał na podwózkę gdzieś dalej? Ostatecznie postanowiłam obserwować ludzi – jak wszyscy nagle zaczną wysiadać, to ja razem z nimi.

Ta taktyka robiła się coraz trudniejsza, bo sporo osób zniknęło po drodze i to bynajmniej nie pojedynczo. Jednak przypomniałam sobie, że mam wysiąść na placu, na którym chyba stoi ta wielka kolumna. Tak, pokpiłam sprawę, jeśli chodzi o wyszukanie sobie dokładnej nazwy przystanku, jak również trasy do hostelu, ale o tym za momencik.

Byłam tak zajęta obserwowaniem Tbilisi, że zapomniałam o fakcie, iż zaraz wysiadam, ale z przystanku jeszcze jakoś muszę dotrzeć na nocleg. W końcu zobaczyłam, że wjeżdżamy na jakiś plac, a za oknem majaczy wielka złota kolumna – to tutaj! Wysiadamy! Powitał mnie zgiełk i harmider, ruch drogowy był lekko mówiąc natężony, zwłaszcza w stosunku do tego, do którego ja byłam przyzwyczajona. Odebrałam walizkę, stanęłam na uboczu. I wtedy z całą mocą dostałam w twarz pytaniem „Okej, fajnie i co teraz?”. O swoim hostelu i trasie do niego wiedziałam tyle:

  • adres, z przypuszczalnym numerem domu
  • muszę przejść przez jakąś rzekę
  • idzie się tam jakieś 20 minut

Dopiero w tamtej chwili sobie uświadomiłam, że to tyle, co i nic.

Miałam ochotę siąść i załamać ręce nad własną głupotą, ale pomyślałam sobie: „Ej, no przecież na tym polega podróżowanie – musisz sobie teraz po prostu jakoś poradzić. Weź się w garść, jesteś dorosła i umiesz znaleźć drogę” Szybko ustaliłam plan działania. Ostatecznym wyjściem było szukanie taksówki, ale wtedy jeszcze bałam się szastać pieniędzmi, dlatego uspokajałam się tą myślą, jednocześnie starając się nie dopuścić do jej zrealizowania. Mogłabym kogoś zapytać, ale kto w tym tłumie i hałasie będzie nie dość, że wiedział, to jeszcze umiał mi wytłumaczyć, gdzie iść? Nagle przypomniało mi się darmowe wifi na stacji. Może da się tutaj podczepić pod jakiś free hotspot i szybko sprawdzić dokładniej trasę. Tak znalazłam sieć „Tbilisi loves you”, która podczas pobytu w tym mieście była nieraz wybawieniem.

Bogatsza o wskazówki wujka Google i przekonana, że będą mi towarzyszyć do samiuteńkiego celu ruszyłam pewnie przed siebie, dumna, że wcześniej też chciałam pójść „na czuja” w tę stronę, więc jednak mam jakąś orientację w terenie czy coś. Szybko mina mi zrzedła. Z kilku powodów. Po pierwsze – co z tego, że znałam nazwy ulic, którymi mam iść, skoro one nie są nijak oznakowane. Okej, główna ulica co ileś setek metrów miała napis „Shota Rustaveli”, więc przynajmniej wiedziałam, że się jej trzymam. Ale gdzie ja mam, do cholery, skręcić? Tak ciężko postawić drogowskaz albo powiesić na budynku tabliczkę informacyjną?

Po drugie, postanowiłam się posiłkować nazwami miejsc, sklepów, hotelów, czegokolwiek, co uda mi się znaleźć na mapie i odnieść do rzeczywistości. Dzięki temu wywnioskowałam w końcu, zresztą słusznie, gdzie zejść z głównej ulicy. I dwa kroki po skręceniu w prawo Tbilisi przestało mnie kochać. Okazało się, że wifi łapie tylko przy Rustaveli. Rozpaczliwe poszukiwanie innego otwartego hotspotu nie pomogło. Dalej byłam skazana na siebie i to, co zapamiętałam z trasy wyznaczonej przez wujaszka G.

Dzięki Bogu jakiś tam zmysł orientacji albo intuicję, cokolwiek w ten deseń, posiadam.

Szłam tam, gdzie wydawało mi się, że prowadził GPS z zamiarem dotarcia do Saarbrucken Square, który miał być rzut beretem od mojego hostelu. Przeszłam wzdłuż parku, potem remontowanym chodnikiem dotarłam do mostu nad drogą szybkiego ruchu, a w oddali wypatrzyłam most nad rzeką, co wzięłam za dobry znak, bo na mapie były zaznaczone dwa mosty, z czego jeden ewidentnie nad jakimś zbiornikiem wodnym. I nagle ujrzałam obok przystanku mapę. Panie dzieju, jak ja się cieszyłam!

Szybko sprawdziłam swoje położenie, kierunek, z którego przyszłam i okazało się, że idę bardzo dobrą drogą. Z tego, co wyczytałam wystarczy przejść most i będę na Saarbrucken Square, a we wskazówkach było napisane, że stamtąd jakieś 3 minuty drogi do hostelu, więc praktycznie jestem w domu. Uskrzydlona tym sukcesem pobiegłam dalej, z ulgą, że zaraz dotrę na miejsce. Przedwczesną, oj jakże przedwczesną!

Faktycznie, tabliczka z daleka uśmiecha się do mnie „Saarbrucken Square”. Teraz tylko prosto, w lewo i lekko w prawo. Idę tak, jak mi przykazał wujo. I coś mi się nie zgadza. Trafiłam do uliczki, w której nikt chyba nie chciałby przebywać dłużej niż dwie minuty, tym bardziej sam, a jeszcze tym bardziej z bagażem. Krążę tak, krążę, szukam nazwy uliczki, bezskutecznie. I znów, co z tego, że ja znam swoją docelową ulicę, jak one nie są podpisane w żaden sposób?

Krążyłam dobre dwadzieścia minut, zanim się poddałam.

Pytam o drogę, tutaj już ktoś na pewno będzie wiedział, przecież to gdzieś dosłownie kawałeczek stąd. Pierwsza ofiara – na oko 12letni chłopiec z piłką. Skoro tu mieszka, to nawet jak nie zna angielskiego po usłyszeniu lub odczytaniu z telefonu nazwy ulicy załapie, czego chcę i jak mi pomóc. Niestety, chłopaczyna po angielsku owszem, rozumiał, ale twierdził, że jest nietutejszy. W pobliżu nie ma żywej duszy, idę na ten plac, tam kogoś upoluję. Kogo tu mamy? Pani z reklamówkami nie wie. Pan wsiadający do auta również. Coraz bardziej wzrasta we mnie irytacja – co ja, niezrozumiale pytam, całkiem zbłądziłam? A może w ogóle nie ma takiego miejsca albo adres jest inny od podanego w internecie?

Czy nikt tutaj nie zna nazwy ulicy ze dwie przecznice dalej?

Zauważyłam faceta z telefonem w ręku i pomyślałam, że ostatni raz spróbuję, jak sam nie będzie wiedział, to przynajmniej może w internecie sprawdzi. Oczywiście na pytanie o nazwę ulicy reaguje szeroko otwartymi oczami. Spytałam, czy to aby na pewno jest w ogóle Saarbrucken Square, bo już całkiem zwątpiłam, gdzie jestem. Przytaknął i zaoferował się, że sprawdzi mi drogę w google. Jednak kiedy pierwszy raz wpisał nazwę ulicy i wyskoczył błąd, to nie wytrzymałam. Łzy naszły mi do oczu, wszystkie emocje naraz zaczęły buzować we mnie jak oszalałe. Gościu mnie uspokaja, że zapyta znajomego, a jak on nie będzie wiedział, to wpiszemy jeszcze raz w mapy. Znajomy – a jakże – nie miał pojęcia, ja już czuję wilgoć na twarzy, ale cały czas kojącym głosem facet powtarza, że mam się nie stresować, zaraz znajdziemy.

I wreszcie! Triumfalnie oznajmia, że już wie, gdzie to jest!

Mi kamień spadł z serca, pomyślałam, że już koniec tego koszmaru. Okazało się, że skręcałam w pierwszą uliczkę, a powinnam iść dalej, do skrzyżowania i dopiero tam pójść w lewo. Nawet powiedział nazwę tej ulicy, żebym w razie co się upewniła, że to ta. W dodatku potwierdza, że to niedaleko. Dziękuję po stokroć i biegnę. Na przemian klnę na gruziński brak zorganizowania tego typu jakże nieistotnych spraw, jak tabliczki informacyjne oraz cieszę się, że już wiem wreszcie, gdzie iść. Docieram do rzeczonego skrzyżowania i… No nie mogło być tak pięknie.

Ulica po lewej się rozgałęzia na dwie odrębne. I teraz która to tego Chikobava? Drogowskazu już nawet nie szukam, ale patrzę po budynkach z nadzieją, że gdzieś będzie nazwa. Wypatrzyłam przy wlocie do górnej jakąś tabliczkę z innym nazwiskiem, więc to chyba nie ta. Decyduję się iść dolną, a w razie co próbować przedostać się na tę drugą. Po chwili okazuje się, że na niej jest znak z jeszcze inną nazwą. Dostałam normalnie szewskiej pasji. Przyspieszyłam kroku z determinacją do maltretowania pierwszej napotkanej osoby o drogę i niech spróbuje tylko powiedzieć, że nie zna.

Musiałam mieć te emocje wypisane na twarzy, bo jak rzuciłam do młodej kobiety „excuse me”, to popatrzyła wyraźnie przestraszona. Albo chodziło o fakt, że nie zna angielskiego, więc się zastanawiała, czego od niej chcę. Nieważne, mówię najbardziej wyraźnie, jak tylko umiem „CHIKOBAVA”. Drżącą ręką pokazuje, że muszę przejść na tę górną odnogę. A jednak. Mimo to uspokoiłam się, bo przynajmniej ktoś wiedział, o co mi chodzi, nie zmyśliłam sobie tego, poza tym naprawdę jest już niedaleko.

Przechodzę na górną odnogę i już z daleka szczerzy się do mnie, o dziwo, drogowskaz z napisem „Zurab Kvilvidze” – mój cel, na który miałam skręcić właśnie z nieszczęsnego Chikobava. W myślach powtarzam tylko, że nareszcie dotarłam, że zaraz w końcu spokojnie usiądę i odetchnę. Znów, naiwnie i przedwcześnie.

Myślisz, że znalazłaś ulicę i jesteś fajna?

Teraz jeszcze znajdź odpowiedni budynek. Booking twierdził, że numer domu to 14, zatem takiego szukam. Idę pod górę, pomału docieram do zakrętu. Podobno miałam już nigdzie nie skręcać, tylko przejść kawałek prosto, ale może nie uwzględnili tego lekkiego odchylenia, w końcu to ta sama ulica nadal, tylko trochę odbija w lewo. 8, 10, 12… chyba tam za rogiem już będzie. Okolica nie wygląda na specjalnie porządną, ale hostel na zdjęciach był zadbany… tylko nie było żadnego, na którym byłby pokazany z zewnątrz, może się nie przyjrzałam? Po drugiej stronie nieparzyste, jest 15, jest 17, musi tam za winklem być ta nieszczęsna 14. Skręcam. Jest 14. Pusta, ciemna brama. Wątpię, że ktoś w ogóle tam mieszka, a co dopiero gości ludzi. Wracam się.

Dotarłam do początku ulicy i zaczęłam przemarsz jeszcze raz, uważnie patrząc się po budynkach w poszukiwaniu jakiejś tabliczki albo czegoś, co wskazywałoby na to, że jest to hostel. Nic. Ludzi też za bardzo nie ma. Może ten hostel zamknęli albo przenieśli? Albo nie istnieje? Z tego zmęczenia i frustracji byłam skłonna wierzyć, że coś sobie ubzdurałam albo całkiem przeinaczyłam.

Szłam z rosnącym zrezygnowaniem od domu do domu, kiedy zauważyłam wreszcie idącego pod górę człowieka.

Na pewno mieszkaniec albo stały bywalec, nikt by się tutaj nie zapuszczał, bo nie ma po co. Pytam o hostel. Uprzejmie odpowiada, że nie zna żadnego przy tej ulicy, a mieszka tu. Ta informacja mnie, już nie wiem po raz który w ciągu ostatnich kilku godzin, dobiła. Skoro jest miejscowy, a pierwsze słyszy o hostelu, to jestem w niezłej dupie. Facet widzi moje zdenerwowanie, uspokaja mnie szybko, że pomoże mi szukać, bo skoro mam ten adres, to na pewno coś tam jest. Mówię mu zatem, żeby mi pokazał budynek z numerem 14. Zaprowadził mnie tam, gdzie już sobie sama wcześniej dotarłam i kłania mi się z zamiarem pójścia w swoją stronę. Wołam z rozpaczą, że to miejsce nie wygląda na zbytnio zamieszkane, wtedy on, przyznając mi rację, pyta jeszcze raz o nazwę. Powtarzam, on mówi, że zaraz zapyta kogoś znajomego.

Co mi pozostaje? Ufać mu.

Idziemy zatem – najpierw gościu w drzwiach, klasycznie nie wie, potem kobieta ze zrywkami pełnymi zakupów, też kiwa przecząco głową, ale po chwili ożywia się, mówi coś mojemu towarzyszowi i on każe mi iść za nim. Zrezygnowana wlokę się za swoją ostatnią deską ratunku pod kolejny już dom. Na schodach siedzi kobieta z dziećmi, mój przewodnik znów pyta o ten hostel. Tamta woła kogoś, z wnętrza wyłania się starsza pani. Powtarzają jej pytanie, a ona od razu pokazuje ręką jakiś budynek. Znów powróciła do mnie nadzieja. Jednak niezależnie od kraju, jak nie wiadomo kogo pytać, to pyta się babinkę.

Mój przewodnik twierdzi, że już wie.

Zatrzymujemy się przed wysoką bramą, którą minęłam z 5 razy, ale nie było szans coś przez nią wypatrzyć. Podwórze wyglądało na typowo prywatne, współdzielone przez kilka rodzin. Zaglądam niepewnie, jednak przewodnik wskazuje numer domu i wtedy zaskoczyłam. Poważnie, serio o to chodziło?

Już po chwili wychodzi mężczyzna, który potwierdza moje przypuszczenia. Początkowo byłam nieufna, czy przypadkiem nie chcą mnie gdzieś do znajomych na spelunę wcisnąć, czy coś w ten deseń, ale gospodarz powiedział „Paulina from Poland, yes?”, więc się ostatecznie uspokoiłam. Dotarłam na miejsce, a jak zrozumiałam nieporozumienie, które zaszło, to zachciało mi się śmiać, a jednocześnie byłam zła na siebie, że wcześniej nie przewidziałam takiej możliwości. Hostel nazywał się #17… od numeru domu. Tylko dlaczego adres z Booking prowadzi pod 14? Nieważne, dotarłam. Podziękowałam przewodnikowi, który naprawdę uratował mi tyłek. Czort wie, ile bez niego bym łaziła w kółko, zanim udałoby mi się tam trafić.

Pierwsze wrażenie?

Jakiś dziwny facet wita mnie na zaśmieconym podwórku wielorodzinnym, wchodzę do pokoiku, który owszem, wyglądał jak na zdjęciach, ale wydał mi się ze trzy razy mniejszy. Zaraz przychodzi właściciel, który ostatecznie potwierdził, że jestem tu, gdzie mam rezerwację. Ze wszystkich stron słyszę „Hi! What’s your name, how are you, where are you from, do you speak…?” I to był jedyny moment podczas całej podróży, kiedy bardzo zachciałam być w domu. Byłam wykończona – brakiem konkretnego snu od jakichś 30 godzin, pokonaniem ponad 3000 km, krążeniem kilka godzin bezsilnie w poszukiwaniu hostelu. Ostatnie, czego chciałam, to rozmowy z obcymi ludźmi. Zakładałam przed wyjazdem, że – jak dotąd, gdy nocowałam w pokojach wieloosobowych – utrzymam te relacje na stopie grzecznościowej, dotyczącej jedynie spraw „wspólnych”, ewentualnie pytań jak mi się podoba Gruzja i co jutro planuję zwiedzić. Cóż, czas miał pokazać, że nic z tego, ale to później.

Na razie byłam sceptycznie nastawiona do wszystkiego wokół.

Usiadłam na chwilę, weszłam na wifi i zdałam szczegółową relację z uwzględnieniem wszystkich przekleństw, jakie przez głowę mi przeszły podczas błąkania się uliczkami Tbilisi bez rezultatów. Było około 17.30, zatem przejście dystansu z placu do hostelu, według wujka google „20 minut drogi”, zajęło mi jakieś 2,5 godziny. Miałam zamiar już się położyć, kiedy zdałam sobie sprawę, że nie mam nic do jedzenia ani picia. Po drodze nie minęłam żadnego sklepu, zatem muszę iść kolejny raz w ciemno. Mogłam oczywiście zagadać kogoś z hostelu, ale do tego stopnia nie chciałam z nikim rozmawiać, o nic więcej pytać.

Wyruszyłam z mętnymi wskazówkami wygrzebanymi na internecie, mającymi mnie doprowadzić do kerfura, a które nic mi nie dały, bo nagle znalazłam się w miejscu, gdzie droga się skończyła. Dość powiedzieć, że zaszłam z nadzieją prawie pod plac, na którym wysiadłam i nic nie znalazłam. W końcu poddałam się oficjalnie i uznałam, że rano będę się o to martwić. Wtedy, gdzieś przy Saarbrucken Square zauważyłam mały markecik. Jednak nie umiałam się nawet tym cieszyć, kupiłam napój, jakieś chrupki i uciekłam spać. Kolejne dwie godziny mi zeszły na błądzeniu, miałam serdecznie po dziurki w nosie wszystkiego, bokiem mi wyłaziła ta cudowna Gruzja.

Ale spokojnie, wystarczyło tylko, żebym się wyspała.

Drugi dzień powitałam już z lepszym nastawieniem. A jak wyglądały moje pierwsze prawdziwe chwile w Tbilisi – nie licząc kilkugodzinnego walczenia z brakiem odpowiedniego oznakowania? Opowiem następnym razem, przejdziemy już do miasta samego w sobie, także będzie ciekawie.