Hybrydy – dlaczego ich nie robię?

0

Paznokcie hybrydowe to trend ostatnich kilku lat.

Na dodatek nie wygląda na to, żeby miał przeminąć w najbliższym czasie, wręcz przeciwnie! Kobiety, niezależnie od swojego wieku, coraz częściej robią hybrydy u rąk, nóg, z pomocą kosmetyczki, koleżanki albo same. Internet zalewa nas falą zdjęć z inspiracjami na design, reklamami produktów do paznokci hybrydowych  oraz poradnikami czy kursami oferującymi naukę samodzielnego ich wykonania.

Można pomyśleć, że hybrydy całkowicie przejęły ten rynek i wyparły inne sposoby zdobienia paznokci. A ja, wbrew wszechobecnemu szałowi na nie, jestem zagorzałą antyfanką. Ale nie na zasadzie takiego „technofoba”, co to trzyma się starych, sprawdzonych metod. Nie, ja nawet raz spróbowałam! Jednak to tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że to zdecydowanie nie dla mnie, a cały szał na hybrydy jest mocno przesadzony.

Cofnijmy się do początków – 2015 rok.

Wtedy właśnie zauważyłam, że w moim otoczeniu koleżanki zaczynają robić sobie hybrydy. Najpierw były to głównie te, które do tej pory wybierały manicure żelowy. Powiedziały mi, że to lepsza dla paznokci alternatywa, mniej niszczy płytkę. Poczytałam, faktycznie na to wychodziło. Nawet spodobało mi się, że jest jakiś zamiennik – żelowe tipsy kojarzyły się z blacharami albo pustakami, były raczej obśmiewane i stosunkowo niewiele znałam osób, które regularnie takie sobie sprawiały. A takie hybrydy są bardziej estetyczne. Jednak ja i pozostałe „nieżelowe” dziewczyny raczej trzymałyśmy się tradycyjnych lakierów

Nagle okazało się, że hybrydy zaczynają robić laski, które dotychczas w ogóle nie chciały stylizować paznokci. Chyba zaważył fakt, że łatwo było je zrobić w domowych warunkach. Gdzie nie spojrzałam, widziałam paznokcie hybrydowe. Można było odnieść wrażenie, że każda już je ma.

A ja? Jak się zapatrywałam na hybrydy?

Od początku byłam sceptyczna. Nigdy nie podobały mi się paznokcie żelowe, więc byłam „z dala” od tego typu trendów. Hybrydy jednak tak bardzo zdominowały moje otoczenie, że, chcąc nie chcąc, widziałam je non-stop, w różnych kształtach, wzorach, zdobieniach. Ale ja nie miałam potrzeby stylizowania swoich paznokci, oprócz okazyjnego pomalowania ich lakierem.

Czas mijał. Hybrydy miała coraz bardziej każda, a do mnie nadal nie przemawiały. Estetycznie nawet mi się podobały, przynajmniej niektóre. Zdarzyło mi się zobaczyć na insta #nails i poszukać perełek. Nadal uważałam, że u mnie to się nie sprawdzi. Koleżanki dopytywały, namawiały. Zwłaszcza te, które też kiedyś były przeciwne, ale spróbowały i wychwalały pod niebiosa zalety hybrydy, mówiąc, że nie rozumieją, jak mogły wcześniej się nie zdecydować. Ja uparcie mówiłam, że nie chcę.

Jednak tuż przed 18 urodzinami się złamałam.

Wiedziałam, że zwykły lakier nie dotrwa do tortu w nienaruszonym stanie, a moje łamliwe paznokcie kiepsko wypadną w tak ekstremalnych warunkach, jakie stwarza osiemnastka. Uznałam, że zaryzykuję z hybrydą – podobno prędzej kość pęknie niż one, a odpryski to strzelają w oko, jak granat wybucha. Dodatkowo zdecydowałam się na holo, a holo nawet gówno zamieni w coś zajebistego.

Niestety, okazało się, że miałam rację. Dla mnie hybrydy to porażka. Ból podczas ich robienia był tak kosmiczny, że miałam łzy w oczach. Jeden palec mi się nawet „spalił”, to znaczy pojawił się dość spory ślad jak od poparzenia. Mało tego, po jakimś tygodniu zaczęły mi się odłamywać – razem z moim paznokciem. Choćby nie wiem, jak piękne by nie były, za tyle cierpienia ile mnie to kosztowało, to dziękuję.

Może to trochę moja wina, bo zdałam się na polecenie koleżanki, zamiast dokładniej poszukać, a chyba nie trafiłam do zbytnio profesjonalnej osoby. Jednak nawet sama „organizacja” tego nie zdaje u mnie egzaminu. Jakieś dwie godziny totalnej bezczynności, oprócz patrzenia, jak ktoś Ci dłubie przy palcu. Piłowanie, które przyprawia mnie o dreszcze. I konieczność powtarzania tego co 2-3 tygodnie, żeby miało sens.

Ale hybrydy ostatecznie przegrały u mnie czymś innym

Na moich rękach wyglądają beznadziejnie. Tego spodziewałam się już, kiedy oglądałam je u innych. Po prostu mam za szerokie dłonie i za krótkie paluszki. Oczywiście wszyscy dookoła zapewniali mnie, że hybrydy u każdego dobrze się prezentują, bo da się je dopasować do kształtu dłoni, rozmiaru płytki, bla, bla, bla. A ja wiedziałam, że to u mnie nie zadziała estetycznie, ale postanowiłam się sama przekonać.

Same paznokcie podobały mi się przez dwa dni, bo były holo i były nowe. Potem mi zbrzydły. To kolejny z argumentów, które się potwierdziły – ciężko wybrać wzór, który będzie mi pasował przez prawie miesiąc. A lakier mogę zmyć w każdej chwili.

Żeby nie być gołosłowną – proszę, oto moje pierwsze i ostatnie hybrydy w życiu.

hybrydy

Jednak abstrahując już od samych paznokci, jeszcze jedna rzecz mi się nie podoba.

Mianowicie to, że teraz dookoła mam pełno „stylystek paznokci”, które mają lampę, pilnik i więcej niż trzy lakiery, więc postanowiły zaoferować swoje usługi innym kobietom. Co druga dziewczyna na moim fejsbuku czy instagramie „zaprasza na pazurki!”, dodaje mnóstwo zdjęć swoich „prac” i pisze, jak bardzo odnalazła w tym swoje powołanie.

Tymczasem połowa z nich nie potrafi nawet poprawnie ich zrobić, już nie mówiąc o wzorkach, które czasem wyglądają gorzej niż rysunki trzylatka. Jednak tytułują się profesjonalistkami, a na każdą uwagę – nawet od prawdziwych specjalistek – nie reagują, bo przecież one wiedzą najlepiej. Potem trafi się taka ciemna masa, co pójdzie do niej i nie wie nawet, że coś jest nie w porządku, bo się nie zna na tym. Tak, mówię tu o sobie.

Hybrydy może i są łatwe do zrobienia, ale błagam was, nie ogłaszajcie się nigdzie, dopóki nie nabierzecie doświadczenia ani bez jakiegoś przeszkolenia, kursu. To, że masz lampę od miesiąca, a dwie koleżanki zgodziły się robić u Ciebie paznokcie, nie czyni Cię stylistką paznokci. Ktoś, kto zauważy na zdjęciach Twoje niedociągnięcia, pewnie nie skorzysta z Twoich usług, ale laik może tego nie dostrzec.

Także podsumowując, hybrydy nie są dla mnie, bo:

• Wymagają regularności.

• Ograniczają możliwość dowolnej zmiany koloru w każdej chwili.

• Ich robienie jest czasochłonne.

• Po tygodniu przestają wyglądać dobrze (odrosty, ścieranie, odpadające cekiny itp.)

• Łamią się, uszkadzając przy tym paznokieć.

• Trudno znaleźć dobrą specjalistkę w morzu „stylystek profesjonalystek”.

• Jak już się taką znajdzie, to zazwyczaj jest oblegana – trzeba chodzić z ułamanym paznokciem albo odrostem, dopóki nie zwolni się termin, a to nieestetyczne.

• Wzory zbyt szybko mi się nudzą, ciężko dobrać jeden, który będzie pasował mi jakieś 3 tygodnie.

• Nie wyglądają ładnie na mojej dłoni.

Piszę ten post jako kontrę wobec wszechobecnej „manii na hybrydy”.

Niektórym dziewczynom ciężko uwierzyć, że komuś hybrydy nie pasują, bo przecież one są dla każdego. A jak inna laska jest przeciwna, to tak dla zasady, pewnie nigdy nie spróbowała – a jak spróbuje od razu się zakocha. Dlatego tutaj macie przykład, że można nie podzielać waszego entuzjazmu całkowicie zasadnie.

A wszystkim, którzy też bojkotują ten trend (są w ogóle takie jednostki?) przybijam piątkę!

Jakie jest wasze zdanie czy doświadczenia w temacie hybrydy? Piszcie koniecznie, bo jestem niesamowicie ciekawa!