„Sausage Party” – moja recenzja ze spojlerami

0

Postanowiłam zabrać się za obiecane uzupełnienie poprzedniego wpisu o filmie „Sausage Party”. Także dzisiaj jedziemy z przemyśleniami odnośnie ukrytych smaczków w filmie, jego przekazu i zawartych metafor. Posiłkuję się, oprócz własnych wrażeń, forum filmwebu, na którym znalazłam po pierwsze sporo zarzutów od osób, które odebrały „Sausage Party” inaczej ode mnie – jako festiwal seksu albo lewacką propagandę – ale i ciekawostki, na które ja nie zwróciłam uwagi lub inne interpretacje symboli, także według mnie warte nadmienienia. Zapraszam!

Zacznijmy może od głównego przekazu w „Sausage Party”, bo wzbudza on wiele kontrowersji.

Odezwało się sporo głosów mówiących, że to obrazoburcza animacja, która próbuje udowodnić, że Boga nie ma, więc możemy spokojnie pieprzyć się z kim popadnie. Według mnie to jest rozumienie świata na poziomie kółka gospodyń wiejskich. Nie obrażając gospodyń wiejskich.

Ja rozumiem, że interpretacje mogą się między sobą różnić. Wręcz powinny, bo to oznacza, że treść jest uniwersalna, a zatem twórcy spełnili swoje zadanie. Ale sprowadzanie tego do szarży na chrześcijaństwo jest, moim zdaniem, nieco przesadzone i mało inteligentne.

Teraz ja przedstawię swoją wizję. A w zasadzie pierwszą z nich, bo mam dwie.

Artykuły ze sklepu to wierni. Człowiek to Bóg, który ma być dobry i zabierać jedzenie do „Cud Nieznane”, by tam żyli szczęśliwie jak w raju. Zatem „Cud Nieznane” to metafora chrześcijańskiego nieba, do którego trafią po „śmierci” (wyjściu z marketu). Jednak okazuje się, że nie jest to takie piękne, jak wierzą w to gadające stworzenia. Trzej nieśmiertelni to księża, którzy wymyślili podstawy wiary dla własnych korzyści i wmawiają je reszcie, doskonale wiedząc, jaka jest prawda.

Kluczowym momentem jest zakończenie, które mówi, że nie warto stawiać sobie ograniczeń związanych z religią („Bogowie są na mnie źli, bo wyszłam z opakowania”, „Kocham go, ale nie możemy być razem, gdyż to niezgodne z wizją Bogów”), tylko żyć tu i teraz, korzystać ze wszystkiego, bo właśnie to jest piękne tu na Ziemi. Nie wiadomo, co się stanie po śmierci, dlatego po co o tym myśleć do tego stopnia, żeby zmarnować to, co jest nam dane raz – właśnie życie.

Okej, scena orgii erotycznej jedzenia jest mocna, ale nawet to jest metafora. Po pierwsze tego właśnie korzystania z uroków życia – nie chodzi o to, by pierdolić się z kim popadnie (chyba, że tego właśnie chcemy), tylko o to, by spróbować tego, na co mamy ochotę, nie przejmując się tym, co myślą i mówią inni. Po drugie tego, jak zachowują się wierni spuszczeni ze smyczy nakazów i zakazów religijnych – nagle odbija im palma i robią wszystko, co dusza zapragnie, nieważne, że jeszcze niedawno uznawali to za grzech ciężki.

Moja druga wersja jest podobna, różni się tylko jeden szczegół.

Zamiast Boga są normy społeczne. Trzej nieśmiertelni to osoby, które pilnują ich przestrzegania na zasadzie piętnowania tego, co uznawane jest powszechnie za oburzające. Wiecie, panie Dulskie, które cały czas mówią „A co pomyślą inni”? I tutaj przekaz jest bliźniaczy – nie przejmuj się opinią innych, tym co Ci wypada, a czego nie, tylko żyj.

Znalazłam jeszcze jedno wytłumaczenie, które jest ciekawe.

Ktoś na filmwebie napisał, że chodzi o to, by nie prowadzić bezsensownych wojen religijnych, bo Boga i tak nie ma. O ile ze stwierdzeniami o istnieniu Boga się nie zgadzam, gdyż po pierwsze unikam kwestionowania czyichkolwiek wierzeń, a po drugie jako agnostyczka twierdzę, że nie da się z całą mocą ani potwierdzić, ani zaprzeczyć istnienia boskiego pierwiastka w jakiejkolwiek postaci, o tyle reszta wydaje mi się sensowna. Po co toczyć spory o coś, co i tak nie zależy od nas? Przekonamy się wszyscy po śmierci, a teraz po prostu żyjmy i dajmy żyć innym.

Teraz pewnie osoby, które pluły na „Sausage Party” spróbują wytknąć mi hipokryzję.

Bo przecież sama napisałam i próbuję tu udowodnić, że film nie obraża chrześcijan, a sama skojarzyłam to głównie z tą wiarą. Zgadza się, dla mnie jest to właśnie metafora katolicyzmu, ale nie jest to jedyne wyjaśnienie. Przecież napisałam też inną interpretację, która z wiarą nie ma nic wspólnego. A według mnie jest równie sensowna. I właśnie to jest mój punkt.

Nie twierdzę, że nie da się tego skorelować z chrześcijaństwem. Ale przekaz jest na tyle otwarty, że można to dopasować do różnych czynników. Każdy sam skojarzy sobie to z tym, co jest dla niego największą przeszkodą w życiu po swojemu.

Ja wybrałam katolicyzm, bo właśnie on w moim doświadczeniu był czynnikiem ograniczającym mnie na różnych płaszczyznach. Jeśli więc Tobie, katoliku, skojarzyło się to z Twoją wiarą, to chyba musisz co nieco przemyśleć… Wiesz, skoro uznajesz ją za coś, co może ograniczać Twoją swobodę…

Przejdźmy do małej charakterystyki postaci, ponieważ jest tu co opisywać.

Każdy główny (a nawet mniej główny) bohater filmu „Sausage Party” ma jakieś swoje cechy, którymi odzwierciedla różne grupy społeczne. Jest to widoczne też w żartach na ich temat, które czasem da się zrozumieć tylko, jeśli wyłapiemy kontekst danej postaci, tego, co reprezentuje.

Ja w swoich opisach posłużę się interpretacją „jedzenie = wierni chrześcijańscy”, ponieważ ona najbardziej do mnie trafia, ale jeśli przyjmujemy inne założenia, to wystarczy po prostu zamienić to na „jedzenie = żyjący z ograniczeniami społecznymi” i tak dalej. Wolę to uściślić, żeby uniknąć jakichś nieporozumień.

Przyjrzyjmy się zatem temu, co udało mi się wyłapać:

Frank – główny bohater, parówka, która odkrywa prawdę.

Jest to postać wiernego, który nagle dowiaduje się, że wszystko, w co wierzył, czego go uczyli to nieprawda. A zatem niepotrzebnie stosował się do obowiązujących reguł i zasad. Zostaje rewolucjonistą, który próbuje przekonać innych do zmiany poglądów. Z determinacją i na przekór przeciwnościom, niechęci reszty, dąży do ujawnienia spisku z „Cud Nieznanym”. Staje na czele całej rewolty, jest postacią społecznego aktywisty, który zmienia świat.

Brenda – bułka, dziewczyna Franka.

Ślepo wierzy we wszystko, czego wymaga ich „religia”. Boi się gniewu Bogów, dlatego unika wszelkiego nieposłuszeństwa wobec nich. Często rezygnuje z tego, co ma ochotę zrobić, ponieważ „tak nie wypada”. Nie dopuszcza do siebie prawdy, którą próbuje jej przekazać Frank, sprzeciwia się mu i jest gotowa nawet porzucić go z powodu jego odmiennych poglądów. Dopiero kiedy dostaje namacalne dowody na teorię ukochanego, wybacza mu i staje po jego stronie.

Barry – parówka mniejsza od innych.

Metafora niepełnosprawnego. Mniejszy, słabszy od innych (tak się przynajmniej wydaje), nieco zdeformowany. Jest wyśmiewany przez inne parówki, z wyjątkiem swoich dwóch kumpli oraz przez bułki, symbolizujące płeć przeciwną, na przykład kiedy mówi, że też chciałby wejść w bułkę, jak pozostali. Przez to wszystko ma spore kompleksy, jest tchórzliwy i obwinia się o wszystko, uważa, że jest do niczego.

Bodźcem, który budzi w nim zapał oraz determinację jest śmierć kolegi z rąk człowieka, który ich „wybrał” i wziął do domu. Postanawia wówczas dostać się z powrotem do supermarketu, by ostrzec resztę. Robi to wszystko z narażeniem życia, bohatersko, ale przyświeca mu myśl, że musi ratować przyjaciela. Bez jego wkładu, artykuły nie wygrałyby rewolucji.

W nagrodę znajduje miłość – bułeczkę, która jest nieśmiała i także wybrakowana z nieznanych przyczyn.

Lawasz – placek, który towarzyszy Frankowi i Brendzie.

Podręcznikowa karykatura muzułmanina. Począwszy od wyglądu – gęste, ciemne brwi, kozia bródka, duży, haczykowaty nos oraz obwisłe ramiona symbolizujące arabskie odzienie. Ponadto ma konflikt z żydowskim bajglem o terytorium, w „Cud Nieznanym” mają na niego czekać 72 oliwy extra-virgin (w miejsce koranowych 72 dziewic), a Brendzie każe się zakryć, bo według niego jest zbyt wyzywająca bez należytego odzienia.

Przez cały czas jest sarkastyczny i arogancki. Najbardziej oczywiście wobec bajgla, ale innym też nie szczędzi kąśliwych uwag. Mimo to widać, że podczas podróży po supermarkecie zżył się z resztą towarzyszy – podczas rozstania ewidentnie jest mu przykro. Udowadnia to także jednocząc się ze swoim wrogiem i pomagając podczas walki z ludźmi.

Po wszystkim udowadnia swój homoseksualizm, bratając się z bajglem trochę bardziej, niż powinien. Według mnie to dobry żart – po pierwsze ze względu na odniesienie do konfliktu palestyńskiego, po drugie pokazuje, że religia czasem tłamsi prawdziwą naturę człowieka.

Sammy Bajgiel Jr. – bajgiel, który towarzyszy Frankowi i Brendzie.

Żyd, po prostu. Znacie określenie „żydowski nos”? Bajgiel ma zdecydowanie taki. Ponadto kłóci się z Lawaszem o miejsce na półce, gdzie trafił, ponieważ Sauerkraut (kapust kiszony) zaczął tępić wszystkie koszerne pokarmy. Czyli wiecie, holocaust. Oprócz tego jego zachowania są wzorowane na Woodym Allenie, który też jest Żydem.

W opozycji do Lawasza, jest dla wszystkich bardzo miły. Czasami wydaje się aż do przesady słodki i kulturalny. Wszystkie konflikty wewnątrz grupy próbuje łagodzić, nawet ten ze swoim największym wrogiem. Cóż, ostatecznie udaje mu się zażegnać także i ten.

Teresa del Taco – pani taco, która ratuje Brendę z opresji.

Gorącokrwista latynoska. Konkretniej meksykanka, seksowna i kobieca. Ma rękawki, które nawiązują do tradycyjnych sukni krajów hiszpańskojęzycznych, w tym też języku puszcza wiązankę Irygatorowi, którą jednak kończy po prostu słowami „fuck you”. Szczera, bezpośrednia i… napalona. Wbrew pozorom woli dziewczyny (czego nie widać na pierwszy rzut oka) i wprost mówi Brendzie, że ma na nią ochotę. Ta na początku ma opory, bo przecież nie wypada, ale finalnie Teresa dostaje to, czego chce.

Ratuje Brendę, Lawasza oraz Bajgla z zasadzki zastawionej przez Irygatora i od tamtej pory towarzyszy im w wędrówce. Kiedy bułka kłóci się ze swoim ukochanym, ta ją pociesza. Uczestniczy też w bitwie, a także jej zakończeniu.

Ciekawostka: bumping tacos po angielsku oznacza seks dwóch kobiet (wzajemne ocieranie wagin). Prawdopodobnie dlatego Teresa jest lesbijką.

Irygator – mściwy i żądny zemsty irygator (szok).

Typowy złoczyńca i zboczeniec. Czuje się dumny, ponieważ z założenia ma służyć do higieny intymnej, co oznacza, że ma wejść w pochwę jakiejś bogini. Nie może się tego doczekać i jest wręcz obleśny w swoich komentarzach, przechwałkach na ten temat. Jednak podczas wypadku wózka wypada z niego, a jego aplikator się łamie, przez co przestaje być zdatny do użytku.

Winą za ten stan rzeczy obarcza Franka, który poniekąd doprowadził do tego wydarzenia. Wydostaje się ze śmietnika, do którego wrzucił go sprzątacz i zaczyna czerpać energię z wypijania różnych artykułów ze sklepu (początkowo jest to sok, później alkohol). I obiera sobie misję zemsty za wszelką cenę.

Początkowo był jedynie aroganckim, zadufanym w sobie egoistą, co pokazał dokuczając artykułom w wózku. Jednak przekształcił się w żądnego krwi, bezwzględnego mordercę. Przestało mu zależeć na tym, żeby koniecznie wejść w pochwę kobiety i podczas bitwy bezpardonowo włazi w dupę sprzątacza (twierdząc, że dziura to dziura) oraz zaczyna nim sterować, by zabić resztę produktów. Niestety bądź stety, jest to jego koniec.

W oryginale została użyta gra słów – Douche to irygator, ale też dupek. To tłumaczy charakter tej postaci.

Trzej Nieśmiertelni – wymyślili „Cud Nieznane”.

Trzy produkty, które nie mają daty przydatności do spożycia. Poznali prawdę o tym, co czeka jedzenie po wyjściu z marketu, ale denerwowała ich masowa panika, dlatego stworzyli historię o „Cud Nieznanym”. Sami zamieszkali w pewnej melinie, która wygląda jak indiański szałas i tam żyją spokojnie paląc zioło.

Kiedy Frank przychodzi do nich w poszukiwaniu potwierdzenia zasłyszanych rewelacji o „Cud Nieznanym”, dwoje z nich początkowo nie chce nic mu mówić, ale trzeci przekonuje ich do tego. Opowiadają historię bez cienia wyrzutów sumienia czy żalu.

Są nimi: Woda Ognista, który wyglądem nawiązuje do Indianina, podobnie jak jego szałas, Mr. Grits, okrutny i agresywny, pałający nienawiścią szczególnie do krakersów oraz Twink, zachowujący się nieco jak stereotypowy gej (twinkie to także określenie młodego geja w slangu), jest najbardziej przyjazny – to on przekonuje kolegów, by opowiedzieć Frankowi prawdę.

Guma do żucia – geniusz na elektrycznym wózku.

Spożywczy Stephen Hawking. Był już „zużyty” przez kogoś, dlatego wygląda trochę kiepsko i musi poruszać się na elektrycznym wózku. Jak twierdzi, został przyklejony do biurka pewnego naukowca, dzięki czemu posiada sporą wiedzę. Jego aparycja sugeruje, że był nim sam Hawking.

Barry spotyka go w domu narkomana, do którego przypadkiem trafił. Już podczas przedstawiania się swoim pełnym składem (czyli wszystkimi związkami chemicznymi) sugeruje nam, że mamy do czynienia ze spożywczym naukowcem. Pomaga on parówce wrócić do marketu, tam też uczestniczy w bitwie. Jest nieśmiertelny, czego dowiadujemy się podczas próby jego zamordowania – błyskawicznie się odradza. Zdecydowanie był mózgiem strategicznym całej operacji.

Sauerkraut – kapusta kiszona z hitlerowskim wąsikiem.

Niemiecki produkt spożywczy, który zaprowadził swój porządek na półce, podporządkowując sobie resztę kiszonych kapust. Jego wąs nie pozostawia złudzeń, kogo postać ma symbolizować. Ponadto widzimy też parady na wzór nazistowskich czy symbole przypominające swastyki. To właśnie on doprowadził do wygnania bajgla. Nienawidzi soku. Wiecie, Jews – juice, wymawia się tak samo.

Pomimo bycia alegorią Hitlera, oburza się, kiedy słyszy rewelacje Franka o „Cud Nieznanym”. Nazywa go nawet, o ironio, nietolerancyjnym dupkiem. Finalnie jednak karma go dopada – podczas końcowej orgii zostaje zgwałcony przez… sok. I okrzyk „NEIN!” na nic mu już nie pomógł.

To by było na tyle w kwestii postaci.

Można by jeszcze coś dodać, bo prawie każdy bohater, jaki się pojawia, ma jakieś nawiązanie. Mi się wydaje jednak, że wystarczą te najbardziej wyraziste. Oraz te niezbędne do zrozumienia pewnych sytuacji w filmie. W oczy rzuciły mi się takie odniesienia:

Konflikt o Palestynę

Już o nim nadmieniłam, ale jest to jeden z głównych wątków przewijających się podczas filmu. Arabski Lawasz nieustannie kłóci się o miejsce na półce z żydowskim Bajglem.

Holocaust

Także przeze mnie opisany motyw, niemiecki Sauerkraut nienawidzi soku i chce go unicestwić. Ponadto to on jest odpowiedzialny za wygnanie Bajgla na terytorium Lawasza.

Imigracja Meksykan do USA

Kiedy Teresa przeprowadza Brendę, Bajgla oraz Lawasza przez wąski korytarz wspomina, że „nasi” uciekali tędy do lepszego życia. Jest to nawiązanie do migracji Meksykan tunelami do USA.

Znalazłam też kilka ciekawostek o odniesieniach do innych dzieł.

W filmie pojawia się artysta Meat Loaf śpiewający pod postacią mięsa.

Masakra produktów w markecie jest odtworzeniem podobnej sceny z „Szeregowca Ryana”.

Regeneracja Gumy z kolei to nawiązanie do „Terminatora”, nawet z muzyką w tle.

Przyznam szczerze, że ja na to nie zwróciłam uwagi, bo, może wstyd przyznać, ale nie znałam tych utworów. To znaczy w tych dwóch scenach coś mi zaświtało, że gdzieś to mogło być, ale nie potrafiłabym tego z niczym skojarzyć. Przeczytałam o tym na forum filmwebu, ale uznałam, że warto o tym wspomnieć tutaj, bo są to też fajne odniesienia.

Na koniec jeszcze raz wspomnę o jednej z końcowych scen, która wywołała spore oburzenie.

Tak, mowa o orgii jedzenia. Na jej temat spotkałam różne komentarze:

Kulminacja filmu z gimnazjalnym humorem i wulgarnymi żartami.
Faktycznie, wzniosła myśl, Boga nie ma, idźcie się ruchać.
Nawołanie do anarchii i nihilizmu!

Zgadza się, że sporo jest kontrowersyjnych kwestii czy scen, ale taka była konwencja. Już nie zgrywajcie takich świętoszków. Gorszy was grupowy seks jedzenia do tego stopnia, że całość traci jakiekolwiek znaczenie. W końcu skoro te produkty dostały ludzkie usposobienie, to jest to jeden z elementów sprawiających, że ta personifikacja jest mocniejsza. Samo określenie „grupowy seks jedzenia” brzmi śmiesznie. Przykre jest to, jak potraficie spłycić przekaz przez jeden odważny żart.

A branie przesłania tej sceny – jak i całej animacji – dosłownie jest według mnie głupie. Mi do głowy przychodzą już dwa ukryte znaczenia. Pierwsze: make love, not war. Wszyscy jesteśmy równi, mimo różnic czy bezsensownych sporów. Drugie: korzystajcie z życia, nawet jeśli coś co chcecie zrobić jest odważne lub kontrowersyjne. Jeśli ktoś dosłownie odbiera orgię jedzenia jako apel do pieprzenia się z kim popadnie, to przepraszam, ale brak mu dystansu. Nie rozumiem, jak można wszystko przyjmować tak, jak jest podane, bez jakiejś refleksji. Nawet, a może zwłaszcza, coś tak absurdalnego.

Z mojej strony to tyle jeśli chodzi o „Sausage Party”!

Mam nadzieję, że mój wpis pomógł wam ujrzeć drugie dno tego filmu i kilka fajnych nawiązań. Może skłoniłam kogoś negatywnie nastawionego czy rozczarowanego do zmiany postrzegania treści.

Ale dla wszystkich sceptyków jeszcze raz uściślam.

Jeśli „Sausage Party” traktujesz dosłownie – jako opowieść o gadającym żarciu – to nie dziwię się, że film był dla Ciebie nudny. Sama historia nie jest niczym nadzwyczajnym.

Jeśli przekaz odebrałeś, ale Cię oburzył, to spróbuj jeszcze raz pomyśleć nad nim. Może nie zmienisz zdania, masz do tego prawo, ale starałam się pokazać Ci, że to coś więcej niż atak na wiarę albo nihilistyczny apel.

Jeśli przytłoczyła Cię ilość infantylnych dowcipów i raczej prostego humoru, to liczę na to, że teraz dostrzeżesz też te bardziej wyszukane, przemyślane nawiązania czy gagi.

Ale może też trafił tu ktoś, komu – jak mi – spodobało się „Sausage Party”. W takim razie liczę, że udało mi się sprzedać Ci kilka ciekawostek lub innego spojrzenia na pewne aspekty.

Ode mnie to już wszystko. Do następnego!

PS. Dziękuję użytkownikowi portalu filmweb o nicku Krzys_Pe, który w jednym z wątków na forum fajnie i zgrabnie spisał swoje spostrzeżenia. Nie ukrywam, że pomogło mi to przy tworzeniu tej notki, na parę rzeczy nie zwróciłam uwagi wcześniej (jak np. na nawiązania do Terminatora czy Szeregowca Ryana, których nie znam). Jeśli jakimś cudem to przeczytasz kiedyś to wielkie dzięki, dobra robota!