„Sausage Party” – moja recenzja bez spojlerów.

0

Dzisiaj pierwsza recenzja filmowa! O „Sausage Party” słyszałam jeszcze przed premierą, widziałam zwiastun, zaplanowałam sobie obejrzeć, a potem… zapomniałam na śmierć. Nie wiem, jakim cudem udała mi się ta sztuka, ale ostatnio gdzieś mi mignął tytuł, więc, z lekkim poślizgiem, ale jednak, zabrałam się za seans. A teraz chciałabym podzielić się paroma przemyśleniami, także zapraszam!

Może najpierw krótko, dla tych, którzy nie słyszeli o filmie „Sausage Party” – o czym on jest?

„Sausage Party” to animacja dla dorosłych. Opowiada ona historię produktów spożywczych, które czekają w supermarkecie, aby zostać wybrane przez człowieka i pójść wraz z nimi do „Cud Nieznane”. Wszystkie bardzo się ekscytują, bo nie wiedzą jeszcze, że jedyne, co czeka ich po opuszczeniu sklepu, to brutalna śmierć z ręki tych, których podnieśli sobie do rangi boskiej – nas, ludzi.

Do głównych bohaterów należą:

Frank: parówka, która przypadkiem odkrywa prawdę i próbuje przekonać do niej resztę.

Barry: przyjaciel Franka, ma kompleksy, ponieważ jest mniejszy od innych parówek i jest strasznym tchórzem

Brenda: urocza bułeczka, dziewczyna Franka, bardzo go kocha, ale nie wierzy w jego opowieści.

Sammy Bajgiel Junior: bajgiel (szok!), ma konflikt o miejsce na półce z Lawaszem.

Lawasz: arogancki placek, wszystkim dogryza, a najbardziej swojemu wrogowi (czy na pewno?) Bajglowi.

Teresa Taco: seksowna… eee, pani taco, ma wyraźny pociąg do Brendy.

Irygator: mściwy i żądny krwi, szczególnie tej Franka, próbuje go dopaść w ramach zemsty za pewien wypadek.

 

Dlaczego ja zdecydowałam się obejrzeć „Sausage Party”?

Szczerze przyznam, że najbardziej skłonił mnie do tego zwiastun. Gdybym tylko przeczytała opis, to pomyślałabym „Eee… nic takiego, może obejrzę przy okazji”. Jednak trailer zachęcił mnie do seansu przede wszystkim pokazując, jaka ładna jest ta animacja. Byłam zachwycona tym, jak prezentuje się film. Według mnie to już wystarczający powód, żeby dać mu szansę.

Poza tym chyba nigdy nie oglądałam żadnej animacji dla dorosłych, więc zaciekawiła mnie ta forma. Wiadomo, że filmy rysowane kojarzą się od razu z bajkami dziecięcymi, a „Sausage Party” raczej nie nadaje się dla młodych widzów. Chciałam poznać ten gatunek, spróbować czegoś nowego.

Jakie są moje wrażenia?

Sama fabuła jest przeciętna. To znaczy jest spójna, logiczna, wszystkie wątki są powiązane i doprowadzone do satysfakcjonującego końca. Bardzo nie lubię, kiedy film zostawia jawne niedopowiedzenia, a tego „Sausage Party” nie robi. Jednak opowiedziana historia nie jest niczym rewolucyjnym, niczym niespodziewanym, nie ma jakichś zapierających dech w piersiach czy zdumiewających zwrotów akcji. A pomimo to film jest złotem.

Nie ze względu na sam zarys głównej opowieści. Nie ze względu na muzykę, która nie odznaczyła się za bardzo w mojej pamięci. Nie ze względu na przepełnione wulgarnymi żartami dialogi. Nie ze względu nawet na wygląd, skądinąd, jak już przyznałam, dobry. „Sausage Party” to wielka i szczegółowo przedstawiona metafora, karykatura dzisiejszego świata oraz zjawisk, jakie w nim zachodzą.

W miarę rozwoju akcji z pozornie trywialnej historyjki o gadającym jedzeniu wyłania się coraz więcej nawiązań, które mnie osobiście bardzo się spodobały. Nieraz rozśmieszyły, nieraz poruszyły do refleksji. Zawsze odbierałam je jako naprawdę celne, inteligentne i przemyślane, nawet jeśli się nie do końca zgadzałam z którymś z nich.

Po seansie byłam naprawdę poruszona.

A tego się nie spodziewałam. Myślałam, że może się pośmieję, ale nie liczyłam, że „Sausage Party” zrobi na mnie aż takie wrażenie. Zachwycona wklepałam w google tytuł i pobiegłam na filmweba, żeby zobaczyć opinie innych widzów. I klops.

Okazało się, że mało kto podziela mój entuzjazm. Na początku nie wiedziałam, co jest przyczyną, co mnie lekko zdezorientowało. Poczytałam wątki na forum i szybko do mnie dotarło – niewiele osób załapało prawdziwy przekaz filmu. A nawet jeśli zauważyli, to nie do końca zrozumieli.

Jeżeli ktoś skupił się wyłącznie na samej fabule o wesolutkich pokarmach, to nie dziwię się, że śmiertelnie się wynudził. Jak wspomniałam, przygody jedzonka to jedynie tło do prawdziwej historii.

Jednak bardziej zadziwili mnie ci, których „Sausage Party” oburzyło. Pal sześć z tymi, którzy poczuli się dotknięci wulgaryzmami czy scenami seksu (jakby nie wiedzieli, na jaki film się zdecydowali…), bo skoro tylko tyle wynieśli z seansu, to nie za dobrze świadczy o ich świadomości społecznej lub umiejętności dostrzegania ukrytego przekazu. Ale osoby, które klęły na samą satyrę naprawdę mnie… rozczarowały? Chyba to dobre słowo.

Zgadzam się, że momentami „Sausage Party” dowala.

Nawet całkiem mocno. Ja odbierałam to jako żarty, ale rozumiem, nie każdy ma takie samo poczucie humoru czy jego granicę postawioną w tym samym miejscu. Jednak ogrom widzów uznał np. że film obraża chrześcijaństwo.

Sam przekaz może być interpretowany różnie, zależy od punktu widzenia, a nigdzie wprost nie jest zaznaczone, że jedzenie to wierni, a człowiek to chrześcijański Bóg. Równie dobrze może to być chociażby Bóg islamski, Bóg żydowski czy też dowolny inny Absolut. Ale może to być nawet nawet zwykłe sumienie lub normy społeczne. Cokolwiek, co dla danej osoby jest wyznacznikiem moralności.

A co do gagów… tak, znajdą się żarty z chrześcijaństwa. Tuż obok żartów z Żydów czy muzułmanów. Jednak nie wiedzieć czemu, spora część komentujących zdawała się dostrzegać tylko te pierwsze. Ewentualnie jedynie te im przeszkadzały. A to już zakrawa o hipokryzję – okej, z islamistów się pośmiejmy, z Żydów też, ale od chrześcijan wara! Albo potrafimy żartować ze wszystkich po równo, albo nie żartujmy w ogóle. Proste.

Jestem w stanie zrozumieć kogoś, kto ma mniejszy dystans do siebie i poczuł się dotknięty dowcipami o grupie społecznej, do której przynależy. O ile jednocześnie nie przyklaskuje, kiedy to inna jest na celowniku.

Podsumujmy… na teraz!

„Sausage Party” spodobało mi się naprawdę mocno. Wizualnie to była czysta przyjemność. Fabuła nie zachwyciła, ale też nie rozczarowała. Natomiast cała metaforyka filmu, wszystkie smaczki i nawiązania sprawiły, że jest bardzo dobry. Niełatwo zawrzeć tak uniwersalny i aktualny przekaz w opowieści o gadającym jedzeniu. Widać, że jest to dokładnie przemyślane przez grupę inteligentnych ludzi. Dali radę w wulgarnym, absurdalnym pudełku zamknąć kilka mądrych refleksji.

Do teraz jestem pod wrażeniem, a minął już jakiś czas od seansu. I to właśnie, przynajmniej dla mnie, definiuje dobry utwór – zostaje z człowiekiem jeszcze długo po zakończeniu.

Ale to jeszcze nie tak całkiem koniec mojej recenzji. Postanowiłam zrobić „dodatek” w postaci wpisu, w którym zawrę wszystkie wyłapane przeze mnie nawiązania, opiszę metafory w sposób, w jaki je rozumiem i zrobię wnikliwszą charakterystykę bohaterów. Zdecydowałam się oddzielić to od recenzji właściwej, żeby uniknąć spojlerów i nie popsuć zabawy komuś, kto nie oglądał jeszcze „Sausage Party”. Także gdy już takowy post stworzę, to podlinkuję tutaj dla zainteresowanych.

Tymczasem wystawiam filmowi ocenę:

8/10

I żegnam, do następnego!