„Historia bez cenzury” – moja polemika z fragmentami.

0

Wreszcie się zebrałam, żeby uzupełnić mój wpis-recenzję książki „Historia bez cenzury”.

Ta część zawiera cytaty, także jeśli nie chcesz spoljerów, to zobacz pierwszy post – tam zawarłam swoje przemyślenia bez większego zdradzania treści.

Natomiast tutaj spróbuję bardziej uzasadnić swoją opinię poprzez polemikę z fragmentami.

Na początku myślałam, że wypunktuję krótko te zdania, które uznałam za zbędne albo nazbyt subiektywne w poprzednim wpisie, w którym opisałam, jakie wrażenie zrobiła na mnie „Historia bez cenzury”. W pewnej chwili zaczęłam notować sobie strony z cytatami, do których chciałam się odnieść. Po przeczytaniu okazało się, że z tych kilku pozycji zrobiła się cała strona wypisanych numerów stron. Dlatego uznałam, że na tym zbuduję tę recenzję.

Nigdy nie przepisywałam książki w swoich postach (ani w ogóle nigdzie), ale tutaj pokusa jest zbyt silna, a jednocześnie uważam, że w ten sposób najbardziej klarownie uzasadnię swój punkt widzenia. Zaczynajmy!

Może na początek coś, co mile mnie zaskoczyło (niestety jeden z nielicznych pozytywnych komentarzy dziś).

Strona 13, wstęp.

„(…) to nie tak, że „historia lubi się powtarzać”. Ona się powtarza i warto potrafić znaleźć sobie w dziejach podobny punkt odniesienia.”

Stwierdzenie, pod którym podpisuję się rękami i nogami. Wszystko już kiedyś było, dlatego historię trzeba chociaż pobieżnie znać, żeby wyciągać z niej wnioski. Wiem, że nie każdy jest pasjonatem, ale ja matematyki też nie lubię, a jako-tako potrafię się nią posłużyć.

Dobra, starczy tych słodkości.

Strona 37, Bolesław Chrobry.

„Chyba już wszystko jasne, prawda? Bolesławowi przeszła ochota na amory. Przyszedł czas na zemstę. (…) Zwyczajnie dopadł Przedsławę i zgwałcił. Umyślnie potraktował siostrę swojego przeciwnika jak, nie bójmy się tego słowa, dziwkę – żeby ostatecznie upodlić ich rodzinę i dać do zrozumienia, że polskiemu władcy się nie odmawia. „

Tak opisany jest gwałt Chrobrego na Przedsławie, księżniczce Rusi. Dalej zostało to podsumowane słowami „lepiej postąpić nie mógł”… Dlaczego zostało to uznane za opłacalne? Bo później Jarek, rzeczony władca, dogadał się polubownie z Chrobrym.

Ja wiem, że takie czasy, że laska nie miała za wiele do gadania w kwestii tego, z kim idzie do łóżka, a z kim nie. Ale właśnie dlatego, że ona nie miała wpływu ani na politykę, ani na odrzucenie zalotów Bolesława – to jej brat zadecydował – ten czyn powinien być tu wypunktowany jako oczywiste przewinienie, a nie powód do dumy i jakiś pokaz zaradności czy tam determinacji. Albo przynajmniej wspomniany bez komentarza, prywatnej oceny tego zachowania.

Bolek skrzywdził Bogu ducha winną dziewczynę, a autor jeszcze tłumaczy nam, że to w zasadzie słuszne podejście. No cóż, „polskiemu władcy się nie odmawia”.

Strony 55-56, Bolesław III Krzywousty.

„Bo Henryk nie tylko nie oddał dzieci-zakładników, ale jeszcze nakazał użycie ich jako żywych tarcz osłaniających wojsko w trakcie szturmu (podobne świństwo stosowali Niemcy w czasie Powstania Warszawskiego, kiedy polscy cywile musieli wbrew woli osłaniać ataki czołgów na powstańcze barykady. Jak widać naród z tradycjami).”

Nikt chyba nie będzie się kłócił, że użycie dzieci jako tarcz było okrutne.

Okej, informacja o tym, że podobnie Niemcy robili podczas II WŚ jeszcze podchodzi pod ciekawostkę.

Ale po co to zdanie o „narodzie z tradycjami”? To nawet nie jest subiektywna opinia, tylko już wyraźny atak. Mało tego, jeśli już przypisujemy komuś niechlubne zwyczaje, to róbmy to konsekwentnie, panie Wojtku.

Strony 189-190, Jan III Sobieski.

„Karę śmierci zamienił na karę praszczęty (…) – (coś jak ZOMO-wskie ścieżki zdrowia, tylko ZOMO miało pały).”

Już pomijam fakt, że Sobieski chciał zabić strażnika, który po ciemku niechcący wbił jakieś ostrze w hasającą po błoniach wydrę, bo się jej wystraszył. I to, że takie zachowanie to zabawna anegdotka.

Ale nie widzę tu wzmianki o narodzie z tradycjami! A przecież opis analogiczny

Strona 75, Kazimierz Wielki.

„Krzyżacy momentalnie zaczęli rozpowiadać, że królewicz to straszny tchórz, ale prawda jest taka, że został odesłany przez ojca na tyły, żeby w razie przegranej ratował ojczyznę. Sami widzicie, jak to samo wydarzenie można zinterpretować w zupełnie inny sposób, no ale to Niemcy, nie można po nich zbyt wiele dobrego oczekiwać.”

W tym momencie odebrało mi mowę. Jakby zdanie kończyło się po słowach „w zupełnie inny sposób”, to nie miałabym się do czego w sumie przyczepić. Ale niestety, nie ma tam kropki, więc…

Po pierwsze: Zakon to organizacja, Niemcy to narodowość. To tak, jakby stwierdzić „SB to była banda zbrodniarzy, ale czego się spodziewać po Polakach”. Trafiło? Jeśli nie, to jeszcze spróbuję tak: kwadrat jest prostokątem, ale prostokąt nie jest kwadratem.

Po drugie: Krzyżacy, sorry, Niemcy sieją propagandę (tak, zostało to ujęte w książce jako „krzyżacka propaganda”), bo uznali, że królewicz stchórzył. A skąd mieli wiedzieć, jak było naprawdę? Jakby znali dokładne szczegóły planu, to, za przeproszeniem, chuj z taką strategią, skoro wróg ją zna. Przecież oni mieli tak myśleć.

Po trzecie: Tak, od wszystkich Niemców nie oczekujcie niczego dobrego. Nawet tych żyjących 600 lat później. Dojrzałe podejście.

Strona 79, Kazimierz Wielki

„Czyli jednak Czesi mieli w swojej historii moment, którego nie musieli się wstydzić”.

Nie wiem, czy to miał być żart. Jeśli tak, to mnie nie rozbawił.

Każdy naród ma swoje czarne owce i lśniące gwiazdy. To po pierwsze. Po drugie, Czesi mieli dużo więcej postaci i wydarzeń, z których mogą być dumni. Śmiem twierdzić, że te proporcje „wstyd-duma” są między naszymi krajami zbliżone.

Ten komentarz był dodany do ciekawostki o Janie Luksemburskim, ale według mnie był niepotrzebny, ba, niesmaczny.

Strona 87, Kazimierz Wielki.

„Dwie bigamie na cztery małżeństwa to, trzeba przyznać, całkiem niezły wynik. (Już widzę pucujące się za te słowa feministki. Trochę dystansu, drogie panie).

Jako naczelna feministka tej strony zmuszona jestem niestety powiedzieć, że się nie „pucowałam”, cokolwiek to znaczy. Nie wiem, co w tym stwierdzeniu miało być aż tak obraźliwego. To jest niezły wynik, obiektywnie.

Przekładanie tego na dzisiejsze realia mijałoby się z celem, ale ośmielę się stwierdzić, że jakbym dziś usłyszała o facecie, który popełnił dwie bigamie na cztery małżeństwa, to prawdopodobnie zareagowałabym podobnie – ma rozmach, skurczybyk. Mam(y) więcej dystansu, niż się autorowi wydaje.

Strona 147, Stefan Batory.

„Po pierwsze, natychmiast wprowadził wolność religijną. Ja wiem, że nie wszystkim się to dziś podoba, ale w tamtym okresie było to najlepsze, co mógł zrobić.”

W KAŻDYM OKRESIE WOLNOŚĆ RELIGIJNA TO NAJLEPSZE, CO MOŻE OBOWIĄZYWAĆ W PAŃSTWIE.

Moją uwagę przykuł też asekuracyjny ton tego stwierdzenia. Jakby autor mówił „dobrze zrobił w tamtej sytuacji, ale ogólnie nie martwcie się, nie popieram”. Kto ma być odbiorcą tego zdania, Sebixy w odzieży patriotycznej? Bo tak to dla mnie wybrzmiało.

Strona 161, Stefan Batory.

„Batory nie bawił się w wymyślanie sztucznych powodów. Żołnierze dowiedzieli się, że idą na sprawiedliwą wojnę z kłamliwym wrogiem, któremu do rozsądku można przemówić tylko siłą. Szkoda, że dzisiaj żaden europejski władca nie ma takich jaj.”

Ręce opadają. Oj, panie Wojtku, popłynąłeś pan.

Mogę nadinterpretować, ale ja to odbieram jako pochwałę dla rozwiązań siłowych, agresji jako metody rozwiązywania konfliktów. A tego nie akceptuję. Wtedy prawdopodobnie było to słuszne rozwiązanie, ale to był XVII wiek, inne realia. Profesjonalny historyk powinien rozdzielić ocenę zjawiska na warunki ówczesne i teraźniejsze.

Poza tym, niech mnie ktoś oświeci, bo ja za cholerę nie wiem, kto i po co miałby „mieć jaja”, żeby rozwiązywać coś wojną, atakiem – tu w Europie przynajmniej. Czy to ja nie dostrzegam zagrożenia albo konfliktu, który autor ma na myśli?

Strona 162, Stefan Batory

„(…) ale Batory był zbyt dużym profesjonalistą, żeby zachować się jak łajza. Odesłał do Moskwy wszystkich pozostałych przy życiu żołnierzy i dowódców. Poza tym nasi żołnierze mieli jeszcze sporo okazji do zemsty – w tej kampanii zdobyli jeszcze masę dobrze bronionych zamków, spalili ponad 200 wsi i zabili wiele tysięcy Moskali. Serio, w tym okresie nie warto było drażnić Polaków.”

Och, uwielbiam tę podwójną moralność!

Jak Polacy po wygranej bitwie łupili, palili i gwałcili, to brawo chłopaki, szacuneczek! Należało im się! Zwycięzca bierze wszystko! I tak dalej.

Ale jak podobnie robili nasi przeciwnicy, kiedy to oni zwyciężyli… bestie! Potwory! Zero honoru! Mało im, że nas pokonali, jeszcze niewinnych ludzi pomordowali, wsie spalili!

Zdecydujmy się, co? Albo chwalimy wszystkich (lub przynajmniej akceptujemy, bo przecież my byśmy zrobili podobnie), albo potępiamy wszystkich.

Strona 164, Stefan Batory.

„Wielu polityków pewnie udawałoby, że problemu nie ma. Inni by panikowali. Ale nie Stefan Batory. Zachował się jak równy gość i sam wziął na zachodzie pożyczkę na opłacenie wojska.”

Bo wiedział, że mu się to zwróci. Nie róbmy z tego jakiejś akcji charytatywnej, to było czyste polityczne zagranie. Zresztą, znów, nie da się tego przełożyć na współczesne realia, a mam wrażenie, że tutaj nastąpiła taka próba.

Strona 197, Jan III Sobieski

„Sąsiedzi też nie próżnowali i zawierali ze sobą pakty, żeby taki bałagan w Rzeczypospolitej utrzymać, bo przecież silna Polska nigdy nie była im na rękę. No, może z wyjątkiem momentów, kiedy broniliśmy ich przed zagrożeniem. Jak nie tureckim, to komunistycznym, ale kto to dziś u nich pamięta…”

Nawet nie wiem, jak to ugryźć, czuję jednocześnie zażenowanie i ochotę wybuchnięcia śmiechem.

Po pierwsze, zawierali pakty nie z nienawiści do Polaków i chęci zniszczenia naszego wspaniałego narodu. Drażni mnie takie ogólne przekonanie, że wszyscy dookoła się na nas uwzięli, bo chcieli zabić „naszą polskość”, która nie wiadomo czemu ich doprowadzała do szewskiej pasji. Zawierali pakty, bo musieli pilnować swojego interesu, dla nich nasza słabość to zysk. Sorry, takie czasy, taka polityka, każdy sobie rzepkę skrobał wtedy.

Po drugie, Polacy też niejednokrotnie wykorzystali słabość sąsiadów – na przykład podczas rozbicia dzielnicowego Rusi, kiedy chyżo i ochoczo przystąpiliśmy do jej rozbioru. POLACY? ZABORCY? NO CO TY?

Polacy nie anektują, nie niszczą słabego państwa, tylko sprytnie poszerzają swoje terytorium i mają genialnych przywódców. Znów, podwójna moralność.

Po trzecie, och tak, cały świat wybroniliśmy własną piersią, powinni nam na kolanach dzięki składać, a oni nawet nie podziękowali niewdzięcznicy (a jak podziękowali, to za mało, nieproporcjonalnie do rozmiaru naszego poświęcenia). 

Generalnie jak komuś w czymś pomogliśmy, to nie za darmo i nie bezinteresownie. Jak nie widzieliśmy korzyści dla siebie, to nie chciało nam się nawet dupy ruszyć. Także skończmy, proszę, z tym wizerunkiem Polaka – męczennika za świat. Ja wiem, że Polska Winkelriedem narodów, martyrologia, ale ileż można.

Po czwarte, uwaga, to będzie szok. Pamiętają. Na całym świecie. Ba, często nawet bardziej niż my sami, zaślepieni poczuciem niesprawiedliwości.

Strona 203, August II Mocny.

„(…) to za jego czasów zaczął się upadek Polski, którego później nie dało się już powstrzymać. Kto zafundował Polsce taki burdel (i również dosłownie)? Pewnie, że Niemiec.”

A kto tego Niemca wybrał? Pewnie, że Polacy.

A kto tolerował jego rządy, które przecież takie szkodliwe były dla kraju? Pewnie, że Polacy, którym było wszystko jedno, co się dzieje z państwem, ważne, że im się dobrze żyje.

Ale przecież najłatwiej sobie dopisać, że to podły Niemiec sam jeden był na tyle, hehe, mocny, żeby wycyckać nasz kraj do cna, oczywiście w pojedynkę, i nikt nie mógł go powstrzymać! Błagam, zgadzam się, że nie był to nasz najlepszy władca, ale po pierwsze: sami sobie go wzięliśmy, po drugie: tolerowaliśmy to, co się działo, po trzecie: on nie rządził solo, nie demolował państwa solo, miał wspólników, a to ci heca, Polaków, po czwarte: on był jeden, Polaków setki tysięcy, jakby bardzo chcieli, to by się go szybko pozbyli, ale im wygodnie było.

Poza tym, „nie dało się już powstrzymać”, parsknęłam śmiechem. Dało się, mieliśmy sto lat na reakcję, a że obudziliśmy się już po pierwszym rozbiorze, to tylko nasza wina.

Strony 215-216, August II Mocny.

„(…) tym razem Szwedzi postawili sprawę jasno: „Panie Auguście, jeśli jeszcze będziesz próbował odbić tron Leszczyńskiemu, to my Ci podbijemy Twoją ukochaną rodzinną Saksonię.” Co na to człowiek, który miał od najmniejszych lat parcie na władzę i był dumnym królem Polski? Powiedział, że naturalnie rozumie i… zrzekł się polskiej korony. Taką to wartość miał dla niego nas kraj i zaufanie, którym go obdarzono.”

Zdrajca! Niekwestionowanie! Hańba! Jak można być patriotą?

Zrzekł się korony kraju, który był mu obcy i gdzie po prostu przydzielili mu posadkę, aby uniknąć zagrożenia dla własnej ojczyzny. Wstyd. Powinien za nas, inny naród, się bić do ostatniej kropli krwi, ale nie, on wolał swoich rodaków bronić.

Patriotyzm nie dotyczy tylko Polaków, wiecie? Każdy może czuć się związany ze swoim państwem i dbać przede wszystkim o jego interes.

Strona 227, Stanisław August Poniatowski.

„Wiele osób jest oburzonych określaniem, jakby nie było, króla słowem „ciota”. Ale podsumujmy to, co do tej pory o nim wiemy: niski, krępy, niezręczny, przemądrzały, przewrażliwiony, totalnie podporządkowany matce… Macie jakieś trafniejsze określenie? Ja nie za bardzo.”

Może… w ogóle nie określać?

Określenie „ciota” nie bardzo mi pasuje do tego opisu. Może być bufon, maminsynek, ciamajda – trochę łagodniejsze i trafniejsze w tym przypadku, przynajmniej dla mnie. Ale zastępowanie zła mniejszym złem to nie rozwiązanie.

Czepianie się jego aparycji i usposobienia, moim zdaniem, mija się z celem, bo nijak ma się do sposobu jego rządów. Owszem, jego wygląd czy życie prywatne jest ważne, zwłaszcza w takich książkach, jak „Historia bez cenzury” – w celu pełnego zarysowania sylwetki danej postaci. Ale można to zrobić z klasą, bez jadowitych docinków i subiektywnych ocen.

Ciekawa jednak jestem, jak wyglądałby ten opis, gdyby Poniatowski był fantastycznym władcą (przynajmniej w opinii autora). Po lekturze jestem w stanie to sobie wyobrazić, stawiam, że mniej-więcej tak:

„Niewysoki, ale nadrabiał to w bitwach. Posturę miał konkretną, kawał chłopa był z tego Staśka. Złośliwi mówili, że był przemądrzały, ale miał taką wiedzę, że szkoda się nią nie chwalić. Pod powłoką twardziela kryło się jednak wrażliwe wnętrze. Bezwzględnie szanował matkę, co się niezwykle ceni.”

Rozumiecie, o co mi chodzi? Można byłoby scharakteryzować go poprawnie i w miarę obiektywnie, ale można też przegiąć w którąś stronę. Autor tutaj za bardzo manipuluje obrazem poszczególnych osób, zakrzywiając go w zwierciadle własnej opinii.

Strona 231, Stanisław August Poniatowski.

„Ale Katarzyna jakoś długo się nie odzywała, więc co zrobił Stasiek? „Pochorował się z żalu i tęsknoty.” Ciota.”

Młody chłopak przeżywał swoje miłosne rozczarowanie? Żałosne. Niegodne prawdziwego mężczyzny. A już na pewno nie przyszłego władcy. Ale czego się spodziewać po takiej miernocie?

Strona 235, Stanisław August Poniatowski.

„W czasie, kiedy „panował” Stasiek, opinia o Polakach za granicą nie była już taka, jak wcześniej. I w sumie do tej pory nie jest najlepsza, ale wróćmy do omawianego okresu.”

No nie! Dlaczego mają o nas złą opinię? Przecież my nic złego nie robimy!

Wpadło Ci może do głowy, że… na opinię trzeba sobie zapracować? Zarówno na dobrą, jak i na złą. Zdanie o Polakach to efekt trudu wielu pokoleń naszych rodaków. Cwaniactwo, kombinatorstwo, interesowność i wymowny, pogardliwy uśmieszek. Odwieczna roszczeniowa postawa. Patrzenie z góry na resztę świata, bo nawet podjazdu nie mają do nas, wspaniałych Polaków!  Ale co my im takiego robimy, że nas nie lubią? Przecież my tacy fajni jesteśmy…

Strona 237, Stanisław August Poniatowski.

„W całej tej sytuacji był jednak cały czas wręcz bezczelny. Napisał listy do władców Hiszpanii, Francji, Anglii i Szwecji, w których ŻĄDAŁ pomocy.”

Wydaje mi się, że czego by nie zrobił,to i tak byłoby źle.

Nie zwrócił się do nikogo o pomoc – „Stoi bezczynnie i patrzy, jak rozkradają nasze ziemie! Co to za król, co nie reaguje? Jakby mu zależało, to by błagał o wsparcie!”

Błagał o wsparcie – „Pięknie, do czego to doszło, polski władca płaszczy się przed innymi, żeby raczyli go wyratować. Jak oni mają traktować poważnie takiego mazgaja, mógł im stanowczo pokazać, że jest królem, a nie jakimś pachołkiem.”

Zażądał stanowczo pomocy – „No co za bezczelny cham, co on sobie wyobraża, że oni teraz przybiegną do niego? Kim on jest, żeby czegokolwiek żądać?”

Ale dlaczego nas Polaków nie lubią na świecie? Fajnie się z nami gada…

Uff, dobrnęłam! To już wszystko!

Uwierzcie mi, że naprawdę zrobiłam przesiew wypisanych numerów stron i zostawiłam tylko… najlepsze z najgorszych fragmentów.

Gwoli ścisłości muszę dodać, że ostatni rozdział, o Piłsudskim, miło mnie zaskoczył, o czym zresztą wspomniałam już w pierwszej części recenzji. Spodziewałam się tortu z mdlącym lukrem, a był całkiem sensowny, w miarę obiektywny (w porównaniu do reszty to wręcz ultraobiektywny) i nie pominięto ani nie wygładzono plam z jego życiorysu. Jakby cała „Historia bez cenzury” była tak napisana, to bym nie miała do czego się przyczepić.

Okej, to chyba teraz moja opinia o książce jest pełniejsza i, mam nadzieję, zrozumiała. Najbardziej przeszkadzał mi wszechobecny subiektywizm. I tak, też o tym już wspomniałam – nie da się mówić o historii w 100% bezstronnie, ale można zachować zdrowy umiar, zwłaszcza we wplataniu komentarzy i przemyśleń.

Dobra, tyle ode mnie w tym temacie, cześć!

PS. Jeszcze nie ochłonęłam na tyle, żeby zabrać się za drugą część, ale przeleciałam wzrokiem wstęp i znalazłam tam zdanie, które przywróciło moją wiarę w autora:

„Jednak ta książka nie jest taka sama jak pierwsza. (…) Przede wszystkim jednak starałem się nie oceniać bohaterów tak kategorycznie, jak w poprzedniej książce.”

Cieszy mnie to z kilku powodów. 1. Gdzieś tam miałam słuszne odczucia i nie wymyśliłam sobie tych zbędnych komentarzy! 2. Autor sam widzi, że się zagalopował. 3. Może jednak będę się dobrze bawić.

Ale obietnice obietnicami, skonfrontujemy to sobie z rzeczywistością!