„Historia bez cenzury” – recenzja.

0

Przerwa świąteczna trochę mi się przedłużyła, ale znów jestem w grze.

A na pierwszy ogień w nowym roku 2018 weźmiemy książkę „Historia bez cenzury”, autorstwa youtubera Wojtka Drewniaka. I będzie to raczej palenie heretyków na stosie, aniżeli sympatyczny grill z rodzinką. Zapraszam!

Dlaczego w ogóle podjęłam się lektury?

Powodów miałam kilka. Przede wszystkim, jak już z pewnością wspomniałam, jestem fascynatką historii. Wiecie, matura za pasem, trzeba sięgnąć po jakieś źródła wiedzy poza podręcznikami. Poza tym kanał Wojtka znałam i przez długi czas (ze 3 lata będą!) bardzo lubiłam. Czemu mówię w czasie przeszłym? Ano ostatnio, że tak to ujmę, zajawka mi przeszła. Zawsze podobał mi się sposób, w jaki autor mówił o historii, ale, w tak zwanym międzyczasie, wyklarowałam sobie własne poglądy na różne sprawy, które, stety czy niestety, trochę momentami od jego wizji odbiegały. Ale pomyślałam, że dam mu jeszcze jedną szansę znów mnie do siebie przekonać.

Jakie miałam oczekiwania wobec treści?

Rozmiarowo średnie, naprawdę. Nie chciałam Bóg wie czego. Liczyłam na ciekawe spojrzenie na historię poza suchymi faktami. Takie, jakie kiedyś, w filmach, dawało mi sporo radości. I przyznałam książce oraz autorowi swoistą taryfę ulgową – w końcu nie da się mówić o przeszłości w pełni obiektywnie, zawsze będą jakieś różnice w ocenie faktów czy postaci w zależności od punktu siedzenia. Także założyłam, że okej, nie będę tego brała w stu procentach do siebie. Wręcz cieszyłam się na myśl, że prawdopodobnie poznam inne… interpretacje wydarzeń i tak dalej.

Po Wojtku, człowieku niezaprzeczalnie znającym się na rzeczy oraz inteligentnym, spodziewałam się fajnych, rzeczowych argumentów, uzasadnionej krytyki. „Historia bez cenzury” miała być dla mnie mostem do zrozumienia „drugiej strony” o tych odmiennych poglądach, ale głównie miałam nadzieję na sporo historycznych smaczków i ciekawostek, które mnie skłonią do przemyśleń.

A jak się czuję po przeczytaniu?

Mam swego rodzaju złamane serce. Nie żartuję. Okazało się, że „Historia bez cenzury” to pomnik krzewiącego się od kilku lat nacjonalizmu. Przesadzam? Być może lekko hiperbolizuję. Wiem, że sporo osób w tym momencie się ze mną nie zgodzi, ba, nazwie mnie zdrajcą i cholera wie kim jeszcze. Zanim to zrobicie, pozwólcie mi się trochę wytłumaczyć z mojej opinii.

Byłam świadoma już od dawna, że Wojtek ma poglądy… patriotyczne, ujmijmy to dyplomatycznie. Do pewnego momentu mi to wcale a wcale nie przeszkadzało. Przeciwnie, cieszyłam się, że ktoś mówi głośno o naszych zasługach, dekonspiruje wiele mitów na temat naszej przeszłości, „odbrązowia” postacie darzone wręcz boskim kultem. Przecież ja nie jestem żadnym „wrogiem” Polski i polskości, też odczuwam dumę z naszych sukcesów, też uważam, że warto kultywować pamięć o wybitnych osobach czy wzniosłych wydarzeniach. Ale.

We wszystkim trzeba znać umiar. Nawet – a może zwłaszcza – w miłości do narodu.

Miłość jest ślepa, to jest prawda znana od wieków. Z tym, że tyczy się to wszystkich jej rodzajów. Także tej patriotycznej. W uwielbieniu do drugiej osoby łatwo się zatracić do tego stopnia, że gloryfikuje się ją jako wspaniałą, cudowną i bez skaz. Idealizowaniem tym przyćmiewane są wszelkie wady czy plamy w życiorysie.

Podobnie jest z miłością do ojczyzny. Obym się myliła, ale „Historia bez cenzury” jest – w moim odczuciu – właśnie owocem takiego zaślepienia. Może nie zupełnego, bądź co bądź są w treści momenty krytyki czy wskazania naszych potknięć narodowych. Jednak są one bardzo, bardzo wygładzone.

Co już na początku mnie rozczarowało?

Może to z mojej winy, bo w końcu mogłam sprawdzić, co dokładniej będzie w książce zanim zdecydowałam się ją przeczytać, ale zawiodłam się… swoistym ograniczeniem treści. Na kanale Wojtka są różne fajne tematy o historii ogólnie – starożytni Rzymianie, tajna broń Hitlera, dawne metody leczenia czy nawet narkotyki na przestrzeni dziejów. A tu? Polska. Tylko. Ba, same biografie kilku osobistości z naszych dziejów.

Prawdopodobnie nie przejęłabym się tym aż tak, gdyby nie fakt, że wszelkie filmy autora, które mają w tytule coś związanego z historią Polski od pewnego czasu skrupulatnie pomijam. Wspomniałam już o tym wcześniej – Wojtek fajnie potrafi o tym mówić, ale nasze poglądy w wielu kwestiach się różnią. I tak, to też przyznałam, trudno zachować obiektywizm w takiej dziedzinie, jednak sporo jego wstawek wydaje mi się zwyczajnie zbędnych, nierzadko wręcz ofensywnych.

Ale nie oznacza to, że „Historia bez cenzury” od razu została przeze mnie spisana na straty.

Mój zapał nieco przygasł, ale uznałam, że okej, to jeszcze nie jest powód do skreślania z góry całej książki. Nawet byłam gotowa znieść kilka komentarzy, które normalnie uznałabym za zbyteczne, bez wpływu na całokształt mojej opinii. Wstęp całkiem miło mnie zaskoczył, odzyskałam wiarę w to, że będę fajnie się bawić podczas lektury.

Zaznaczę raz jeszcze, żeby była jasność. Nie jestem zamknięta na odmienne opinie czy światopoglądy. Wręcz przeciwnie, jeśli ktoś używa rzeczowych argumentów, to czasem jestem w stanie jego punkt widzenia zrozumieć. Akceptuję zdanie innych, dopóki nie ma tam nic, co może być dla kogoś krzywdzące.

Liczyłam, że Wojtek będzie w stanie opowiadać o historii, na miarę możliwości, obiektywnie. To znaczy chciałam tylko dwóch rzeczy: braku przesadnego zachwytu i uargumentowanej krytyki. Z każdą stroną „Historia bez cenzury” coraz bardziej zawodziła mnie pod tym względem. Pod koniec wręcz stała się męczarnią – o ile pierwszych 5 czy 6 rozdziałów „połknęłam” w jedno popołudnie, o tyle przebrnięcie przez ostatnie zajęło mi ponad tydzień.

 

W tym miejscu miała być dość obszerna polemika/analiza fragmentów książki, ale cytatów zebrało się bardzo dużo i uznałam, że być może zrobię z tego osobny wpis. Jeśli takowy powstanie to wam podrzucę, tutaj przejdę już do plusów i minusów oraz podsumowania.

Plusy i minusy książki:

Plusy:

• ładna okładka

• mówi o historii w nieszablonowy, luźny sposób

• sylwetki władców są przedstawione wyczerpująco

• nie brakuje ciekawostek, chociaż nadal można też znaleźć ważne, przydatne fakty

• rozdział o Piłsudskim, który zaskakująco nie był laurką, czego spodziewałam się przed przeczytaniem

Minusy:

• momentami skrajnie nieobiektywna

• powiela stereotypy

• autor przelewa swoje prywatne odczucia za bardzo, może to być nieraz obraźliwe

• sporo zbędnych komentarzy

• zawężenie tematyki jedynie do kilku polskich władców

Podsumowanie

Pomimo sporej taryfy ulgowej, jaką przyznałam książce „Historia bez cenzury”, przerosła mnie jej treść. Rozumiem różnice poglądów, wiem też, że o historii nie da się mówić w pełni obiektywnie. Jednak tutaj naprawdę znalazłam zbyt wiele niepotrzebnych, a niestety ofensywnych wstawek i opinii. Być może ktoś zarzuci mi przewrażliwienie, ale ja chwilami czułam się zażenowana lub wściekła.

Ta recenzja, bez spojlerów w postaci fragmentów książki z moimi komentarzami, może wydawać się nieco pusta czy lakoniczna, ale jeśli napiszę to uzupełnienie, moja ocena będzie bardziej uzasadniona i klarowna. Teraz musicie wierzyć mi na słowo. Jak dla mnie to niestety zmarnowany potencjał na coś bardzo fajnego. Ciekawa jestem, czy ktoś z pozostałych czytelników miał podobne odczucia?

Moja ocena:

4/10

PS. Mam też drugą część, której nie miałam w ogóle zamiaru czytać, bo sam podtytuł „Polskie Koksy” już mi sugerował, że może być jeszcze gorzej niż w przypadku pierwszej książki „Historia bez cenzury”. No ale skoro ją już mam… to widzimy się za jakiś czas w recenzji. Najpierw jednak muszę trochę ochłonąć po tej lekturze…