Początkujący Freelancer cz. 4: Na co uważać, a co nie jest takie straszne?

1

Kontynuacja cyklu, z którego skorzysta każdy początkujący freelancer i nie tylko! W tej części powiem trochę o rzeczach, które mnie osobiście martwiły, a okazały się niegroźne lub przeciwnie, nie przypuszczałam, że należy na nie uważać. Zapraszam!

Cykl „Początkujący Freelancer”:

    1. Na jakich portalach znajdziesz oferty? Moje opinie.
    2. Jakie zlecenia dostanie freelancer bez doświadczenia? Moje doświadczenia.
    3. Pieniądze, zarobki, kasa na koncie – tylko kiedy?
    4. Na co uważać, a co nie jest takie straszne?
    5. Rady (czy tam lifehacki) dla początkujących freelancerów

 

początkujący freelancer

To mnie niepotrzebnie zaniepokoiło:

1. Nie przenoś nigdy współpracy poza portal!

Wiadomo, że twórcy strony będą przed tym przestrzegać – dla nich każda współpraca zawarta za ich pośrednictwem to zysk. Prowizja za usługę to główny dochód, ale do tego dochodzą abonamenty, płatne testy i inne miłe rzeczy, o których wspomniałam w części 1.  Dlatego zrozumiałe, że będą starali się jak najbardziej was od tego odciągnąć. Ja na początku dałam się wciągnąć w to poczucie bezpieczeństwa na tyle, że zapomniałam o tym, że docelowo miałam zamiar się uniezależniać od tego typu serwisów (Dlaczego? O tym też będzie notka!), a zatem skoro natrafia mi się okazja, to powinnam korzystać!

W końcu ostatecznie dałam się namówić na częściowy kontakt przez email i przesyłanie tam „postępów”, ale i tak czułam cały czas niepokój. Niby kilent już pokazał uczciwość, wpłacając na stronę obiecaną zaliczkę, nie było innych powodów do podejrzeń. Ale dopiero po zakończeniu (szczęśliwym!) pierwszej współpracy ostatecznie zgodziłam się zrezygnować z pośrednictwa portalu. Teraz trochę żałuję, ale w sumie lepiej, że zdecydowałam się na to w momencie, w którym byłam całkowicie spokojna.

Ale was namawiam też do tego, żebyście, jeśli zaczynacie pracę korzystając z takich stron, stopniowo starali się przenosić współprace poza portale. Szczególnie jeśli czujecie, że możecie klientowi zaufać.

Jak sprawdzić potencjalnego zleceniodawcę? Czasem wystarczy kilka pytań i obserwacji:
  1. Czy są gotowi dać zaliczkę na początek pracy (ewentualnie po przesłaniu małego fragmentu np. 5 z 50 stron/tekstów itd.)? To zazwyczaj już wystarczy, żeby wykryć krętaczy.
  2. Zapytaj, czy możecie spisać umowę? Ja jeszcze tego nie zrobiłam – wytłumaczę niżej, czemu – ale to jest zwykle najpewniejsza forma zawarcia kontraktu, ma największą moc prawną i jest wiążąca nawet bardziej niż współpraca przez portal.
  3. Zwróć uwagę na to, czy klient nie ma oporów przed podaniem np. imienia i nazwiska czy nazwy firmy. Nie musi sam tego pisać, ale zapytany o takie w miarę podstawowe dane osobowe, których podanie Tobie ma uzasadnienie, nie powinien mieć z tym problemu. No chyba, że Ty je ukrywasz, wtedy to on może być podejrzliwy.
  4. Jeśli poda Ci adres email to przyjrzyj się mu. Czy wygląda profesjonalnie, jak np. firmowy, służbowy mail? Lub przynajmniej dość neutralnie – po prostu czy jest to adres, który sugeruje poważną osobę. Infantylne nazwy, dziwne ciągi liczb i znaków, nazwa stworzona w wyraźnym pośpiechu, nieznane domeny to są rzeczy, które powinny Cię zaalarmować.
  5. Masz jego imię i nazwisko? Albo nazwę firmy? Zrób małe śledztwo z pomocą wuja Google. Chyba nie muszę tłumaczyć, że jeżeli pokaże Ci się on na stronie typu www.dlugi.info, to nie wróży to raczej dobrej współpracy. Chociaż też nie popadnij w paranoję skreślania go na podstawie zdjęcia z ostatniego melanżu na fejsie. Albo jakichś głupot zrobionych przed laty – a każdy z nas ma w internecie jakąś wstydliwą historię, którą chętnie by ukrył. Niestety, tutaj nic nie znika, ale takie ocenianie może być niesprawiedliwe. Zatem jak coś Cię zaniepokoi w wynikach wyszukiwania, zachowaj czujność i potraktuj to raczej jako sygnał ostrzegawczy.
  6. To chyba jest dość oczywiste, ale muszę wspomnieć. Jeśli zleceniodawca unika podawania terminów, kwot, wysokości zaliczek i innych warunków umowy – zwłaszcza wyraźnie o nie zapytany – to jest spora szansa, że nie traktuje Cię poważnie.
Podsumujmy.

Portale dla freelancerów to dobre źródło do zapoznawania potencjalnych klientów. Szczególnie skorzysta na tym początkujący freelancer. Warto jednak przenosić swoją działalność i ewentualne długoterminowe współprace poza portal. Przede wszystkim ze względów czysto ekonomicznych. Więcej o tym, dlaczego jest to istotne – jak już wspomniałam – będzie w osobnej notce. Jeśli czujesz, że możesz zleceniodawcy zaufać, to się nie wahaj. Zwłaszcza jeśli, podobnie jak ja, przedłużasz kontakt ze sprawdzoną osobą. Docelowo przecież dążysz do niezależności, a nie osiągniesz jej, jeśli będziesz kurczowo trzymać się pośredników – ze strachu. Często nieuzasadnionego.

 

początkujący freelancer

 

2. Jak nie współpracujesz przez stronę internetową to od razu spisuj umowę!

No właśnie, jak to jest? Umowa to akt prawny, który reguluje warunki wykonania usługi. Określa jasno zobowiązania między stronami. Daje poczucie bezpieczeństwa, ale też i narzuca pewne warunki do wypełnienia na każdą z osób, która się na nią zgodzi.

Dlaczego zatem ja żadnej umowy jeszcze nie spisałam? Głupota i naiwność? Brak umiejętności dopilnowania swoich interesów? Ślepe zaufanie i wiara w niezachwianą uczciwość ludzi, dobro na świecie? Nieznajomość prawa? Cóż, o ile pozostałym punktom nie zaprzeczę z pełną mocą (ręki sobie uciąć nie dam, że tak nie jest, krótko mówiąc), to tego ostatniego raczej mi nie zarzucajcie – możecie się czasem nieźle zdziwić.

Tak, jestem przemądrzała, przechwalam się i w ogóle. Ale jestem byłą-niedoszłą studentką prawa. A co za tym idzie, całkiem nieźle znam się na przepisach i regulacjach z różnych dziedzin, szczególnie tych, które są mi potrzebne. No a jak czegoś nie wiem, to wiem, gdzie sprawdzić i sobie to zrobię. Tego niestety większości ludzi brakuje. Wystarczy trochę prawniczej gadki – ja mam ją wytrenowaną od dziecka, nie żebym ją wykorzystywała do własnych celów, skądże – i łykają wszystko, bez zastanowienia. Dlatego przy okazji apeluję – sprawdzajcie i poznajcie swoje prawa! Dzięki temu nie dacie się oszukać tak łatwo, ale też dowiecie się, kiedy zawalczyć o swoje, a w trudnych sytuacjach łatwiej będzie znaleźć najkorzystniejsze wyjście. Niektórzy płacą grube pieniądze różnego typu radcom prawnym za informacje, które, przy odrobinie inicjatywy i wysiłku, mogą wyszukać sami, w mniej niż 5 minut.

Trochę odbiegłam od tematu, ale nie do końca. Już wracam na właściwe tory. Nie napisałam tego akapitu wyżej, żeby się poprzechwalać – a nawet jeśli, to nie był jego główny cel. Moja znajomość obowiązujących przepisów pozwala mi na to, żeby bez ogromnego ryzyka nie spisywać jako takiej umowy. No właśnie – bo wróćmy do samego pojęcia „umowa”. Czym ona dla Ciebie jest? Świstkiem papieru z odręcznymi podpisami stron? Najlepiej potwierdzonym przez notariusza, prawda? A dla mnie to znaczenie jest znacznie szersze.

Co kryje się pod pojęciem „umowy”?

Nawet ustna deklaracja stanowi umowę. Oczywiście mówimy nadal o świadczeniu usług, chociaż to się tyczy też innych rzeczy – np. pożyczania pieniędzy. Tak, dobrze rozumiesz. Obietnica, kilka słów, może być podstawą do założenia sprawy w sądzie. Tego typu umowy są niestety najtrudniejsze do udokumentowania. Ale mają wiążącą moc prawną. A im więcej mamy dowodów, tym lepiej dla nas. Każdy prawnik w takiej sytuacji zaczyna od gromadzenia tego, co potwierdzi zawarcie i warunki danej umowy. To nie znaczy, że nie możesz sam tego zrobić – nawet jest to wskazane, bo usprawniasz tym samym ewentualne postępowanie sądowe.

Jeśli porozumienie między stronami jest gdzieś zachowane – masz w zasadzie wygraną pozycję. Im więcej takich poszlak, tym lepiej dla Ciebie w sytuacji, kiedy kontrahent nie dotrzymuje ustalonych zobowiazań. Wystarczy, że gdziekolwiek masz to zapisane i możesz potwierdzić, że Ty oraz zleceniodawca się dogadaliście. Chyba rozumiesz już, co mam na myśli? Zwykłe z pozoru maile, w których Twój klient wyraźnie opisuje proponowane warunki/zgadza się na Twoje to już są umowy! Nie mniej wartościowe niż te spisane w formie sticte „umowy” z podpisami i tak dalej. Co zatem stanowi dowody zawarcia i określenia szczegółów współpracy, na które możesz się śmiało powołać?

Mogą to być na przykład:
  • Wspomniane już maile. Co powinno w nich być? Wszelkie szczegóły współpracy: przedmiot umowy (w tym wypadku zlecenie i jego opis), termin wykonania i doręczenia, kwota, jaką zobowiązuje się zapłacić klient. Ewentualne zaliczki także – za co, ile i tak dalej. Bardzo istotne jest też potwierdzenie przesłania efektu pracy, najlepiej w umówionym czasie (chyba, że gdzieś masz udokumentowane to, że poinformowałeś o opóźnieniu i druga strona się na to zgodziła). To wszystko już z miejsca stawia Cię na bardzo dobrej pozycji, jeśli będziesz zmuszony walczyć o swoje drogą sądową.
  • Esemesy – tutaj podobnie, jak wyżej, czyli wszelkie potwierdzenia, zapytania, potwierdzenia co do współpracy.
  • Nagrania rozmów telefonicznych czy też na skype (drugie trudniejsze do uzyskania, ale trochę sprytu starczy). Nie jest prawdą, że własne nagrania nie stanowią dowodu w sprawie! Tak owszem, było, ale zmieniło się to jakiś czas temu. Musi spełnić jednak ważny warunek – nie może być nijak sprofanowane, a zatem nie wchodzi w grę żadna ingerencja (nawet drobna, np. poprawa jakości dźwięku), bo inaczej będzie ono odrzucone. Sąd sprawdzi wiarygodność oraz autentyczność dowodu i jeśli nie będzie miał żadnych uwag, to go dopuści. Nagranie jest szczególnie istotne w chwili, kiedy już wiesz, że Cię oszukano. Tak chyba najłatwiej zdobyć wartościowy argument na Twoją korzyść. Istnieje opcja, że klient będzie unikał odbierania połączeń, ale nie zawsze tak jest. Nie musisz go informować o nagrywaniu rozmowy – po pierwsze masz do tego prawo, jako jej bezpośredni uczestnik, po drugie w chwili, kiedy ma to stanowić dowód sądowy na naruszenie warunków umowy i ujawniać naruszenia masz pełne prawo to zrobić. Więcej o tym tutaj – podaję źródło, bo to częsta wątpliwość wielu osób. A takie nagranie ma ważną zaletę – jest autentyczne, a druga strona może się nieźle wsypać (skoro klient nie wie, że jest nagrywany, to nie będzie się hamował). Dlatego możesz w ten sposób zyskać silną kartę przetargową!
Zatem, czy naprawdę nie spisuję umowy?

Chyba dość dobitnie i łopatologicznie odpowiedziałam powyżej. Spisuję zawsze. Nawet jeśli nie w dosłownej formie. Oczywiście nie zniechęcam do sporządzania umowy! Wręcz przeciwnie. Jest to po pierwsze najbardziej wiążące, a po drugie daje komfort psychiczny. W końcu jest to wiarygodne zapewnienie o uczciwych zamiarach obu stron i świadczy o profesjonalnym podejściu. Chciałam po prostu pokazać, że to nie jest tak, że współpracując przez maila nie mamy żadnego zabezpieczenia. Dlatego ważne jest, żeby wyraźnie w wiadomościach określać warunki współpracy i dopilnować jednoznacznych deklaracji, potwierdzeń drugiej osoby. Was też do tego zachęcam. Tak samo jak do zapoznawania się z obowiązującymi przepisami. Z tego punktu i rady powinien skorzystać nie tylko początkujący freelancer. Warto być świadomym swoich praw!

 

początkujący freelancer

 

Na to nauczyłam się uważać:

1. Młody wiek klienta.

Sama jestem jeszcze dzieciakiem, zwłaszcza dla większości potencjalnych pracodawców. Dlatego na początku nie miałam żadnych obaw związanych z wiekiem klientów. Doświadczenie niestety pokazało mi, że sporo osób w moim wieku nie potrafi zachować się odpowiednio poważnie. O ile jeszcze do własnej pracy podchodzi profesjonalnie, o tyle do zlecania czegoś już mniej. Nie powiem, że skreślam kogoś za to, ile ma lat, bo to by była z mojej strony hipokryzja. Ale młody wiek wzbudza moją czujność, co do podejścia zleceniodawcy odnośnie współpracy.

2. Nie do końca profesjonalny kontakt.

Jeśli ktoś od razu wyskakuje do mnie per „Ty”, wstawia co chwilę emotkę i generalnie pisze jak do koleżanki na fejsie, to daje mi to dość uzasadnione wątpliwości, czy aby na pewno jest to poważna osoba. Nie mówię, że rozmowa ma być sztywna i ograniczać się jedynie do pracy. Sama nie lubię takiej wyniosłej atmosfery i chętnie pogadam też (w miarę rozsądku) na mniej oficjalne tematy. Ale po pierwsze, to musi być obustronna inicjatywa, a jeśli ktoś tak zaczyna rozmowę, to jestem pozbawiona wyboru. Po drugie, początek współpracy zwykle ukazuje podejście klienta co do niej. Taki mało profesjonalny wstęp raczej nie zwiastuje poważnego traktowania mnie, jako pracownika.

3. Pewne kraje pochodzenia zleceniodawcy.

I znów zaznaczę – ksenofobia jest mi naprawdę daleka. Ale oferty z niektórych państw zwykle wpisują się w utarty schemat. Bangladesz i Pakistan oznacza zwykle dużo pracy i śmieszne pieniądze – adekwatnie do podejścia freelancerów z tych krajów, o którym wspomniałam w części 1.  Przed zleceniami z Indii wystrzegam się najbardziej – stawki w ogłoszeniu są z kolei absurdalnie wysokie i najczęściej nieprawdziwe. Mają jedynie przyciągnąć naiwnych, a w trakcie negocjacji okazuje się, że faktyczna zapłata niewiele różni się od tej z dwóch poprzednich państw. Poza tym często oferta napisana jest łamanym angielskim, mało szczegółowa, podobnie trudny jest już sam kontakt z klientem. Może na moje postrzeganie Hindusów wpłynęła osobista uraza opisana w części 2. Ale i tak, nauczona doświadczeniem, unikam zleceń z tych krajów.

 

początkujący freelancer

 

Na ten moment to wszystko, czym, jako wciąż początkujący freelancer, mogę się podzielić.

Nie opisuję typowych zagrożeń w stylu „nowo założone konto, brak danych”, bo to miał być post o tym, co postrzegałam inaczej, a doświadczenie zmieniło mój pogląd. Póki co jest tyle takich lekcji, które wyciągnęłam z dotychczasowej pracy jako freelancer.

Pamiętajcie, że nawet jeśli opisałam coś, jako nie do końca niebezpieczne, nie oznacza to, że zagrożeń tam nie ma. Po prostu nie jest to aż tak straszne, jak ktoś może myśleć. Zachowajcie czujność zawsze, ale też nie bójcie się niepotrzebnie, bo możecie na tym sporo stracić.

Podobnie w drugą stronę. To, co wymieniłam jako sygnał ostrzegawczy nadal ma być jedynie potencjalnym ostrzeżeniem. Nie oznacza to, że jest to jakaś reguła, że tak musi być i koniec. Ja sama nie zamykam się całkowicie na współpracę, jeśli któryś z tych warunków jest spełniony. Inaczej sama wpędziłabym się w pułapkę, którą opisałam. Te czynniki zwyczajnie skłaniają mnie do dokładnego obserwowania klienta. Jeśli poza tym nie mam podejrzeń, to nie odrzucam oferty z marszu.

Nie zachęcam do bezgranicznego zaufania ani do przesadnego kierowania się jakimś uprzedzeniem. Jestem od tego daleka i do tego was nakłaniam – szukajcie złotego środka.

Podzielacie moje spostrzeżenia? A może macie własne doświadczenia, którymi chcecie się podzielić z innymi? Piszcie!